wtorek, 27 październik 2009, 20:35
Widząc z wysokiego szczytu iskrzącego przeczystym szczęściem całą minioną drogę, nieustannie szłam do przodu, trzymając Mistrza za rękę... bo On właśnie tam przemienił mnie zupełnie, już po raz kolejny... kolejne chwile euforii, dziesiątki cudów każdego dnia, wspaniała nauka życia... gdy spoglądałam w dół i słyszałam zewsząd "w końcu będziesz musiała tam zejść", nie lękałam się niczego, dałam się prowadzić Panu.

Nie żałuję tego radykalnego kroku, choć skok w dół mocno zabolał, jak zawsze... Wiem, że już nie dam rady niczego odwrócić, wycofać się. Nie potrafię Jemu odmówić po tylu miesiącach.
Wędruję dzień po dniu rozległą doliną, którą po raz pierwszy w takim stopniu przepełnia Światłość Najwyższego, Jego wspaniałe dzieła i cuda, jakie pozwala mi dostrzegać. Po dostatecznie długim czasie nauki zdaję egzaminy - z pokory, ufności, wierności wyborom, wytrwałości. Bóg stawia mnie w takich sytuacjach, w których muszę jednoznacznie opowiedzieć się za Nim lub przeciw Niemu, bezbłędnie podjąć właściwą decyzję, wykazać się odwagą - walczyć. Nie jest to łatwa droga, ale przynosi dziesiątki niepojętych cudów.

Zdumiewa mnie nieustannie, jak Bóg jest czuły i wrażliwy na nasze pragnienia... zwłaszcza, gdy wypełniają się przypadkowo wypowiadane słowa, senne mrzonki, gdy uparta wiara i wytrwałość wieńczone są spełnieniem... Zawierzyć Mu wszystko...to pozwolić Mu, aby zasłonił nam oczy i prowadził w nieznane...a potem tańczyć i śpiewać w radości dziękczynienia... !

"Sing unto the Lord a new song
Bless Him, praise Him, lift Him higher!
All the chosen generations
Dance and celebrate.

If you lift Him high, He will draw us
Nearer ever closer to Him day by day
If you lift Him high, He will draw us
Nearer ever closer to Him everyday!"


Jezus trzyma mnie mocno za rękę...ale potykam się o zmęczenie, fizyczny ból, wyobcowanie pośród ludzi, tuż przede mną zaczynają majaczyć chore ambicje...potykam się, upadając prosto w Jego opiekuńcze ramiona... i ciężkie łzy nie trwają długo, Pan przywraca uśmiech na twarz... spogląda na mnie oczyma wciąż wyrozumiałych przyjaciół, ich dłońmi zdejmuje mi łuski z oczu i uświadamia wiele spraw, które po chwili wydają sie być tak oczywiste...

Miałam sen...w nim kolejne badania kontrolne, widziane jakby przez mgłę, po nich słowa Mamy: "nie bierz skierowania do szpitala, nie będzie ci już potrzebne"... wybiegam stamtąd, gdziekolwiek byłam, na szafirowolawendowe łąki, spoczywające pod szarobłękitnym niebem, pełne bujnych traw, kwiatów i tajemniczego białego puchu, otoczone ciemnym iglastym lasem... biegałam po nich bez końca, nie czując żadnego zmęczenia ani bólu, spojrzałam w dal, widząc drogowskaz do szpitala, do Malinowych Aniołów z radosną myślą, że już tam nie wrócę...biegałam dalej, ale już nie sama, nie wiem, kto był obok... zatrzymaliśmy się na wzgórzu, łąki rozświetlił blask słońca, nabrały barw tęczy, zaczęły płynąć w wietrze, pośród nich z białego puchu wyrosły wysokie brzozy, śpiew ptaków wprawiał w zachwyt, tętniło we mnie zdrowie... Za tydzień ósma wizyta u Malinowych Aniołów - kolejne badania kontrolne... i z każdą myślą uparta wiara rośnie, zwłaszcza, że od jakiegoś czasu mogę tak biegać bez końca, bez bólu, oddychać pełną piersią....!!! :)

Za tydzień podzielę się nowinami, dobrymi nowinami...tymczasem uciekam. Niech Pan Wam błogosławi!

A. Wild
poniedziałek, 19 październik 2009, 18:50
"To nic, to nic, to nic, dopóki sił jednak iść, przecież iść, będę iść, to nic, to nic, to nic, dopóki sił będę szedł, będę biegł, NIE DAM SIĘ!!!"

Nawet w najciemniejszej dolinie i w najgłębszym wąwozie widać Światło... choćby czasem już powieki opadały ze zmęczenia, o poranku nie pamiętam wieczornych łez, wspaniali ludzie nie pozwalają trwać bez choćby nieśmiałego uśmiechu na twarzy...i dzieją się cuda, małe, niepojęte cuda codziennych dni... :)

Dla Najwyższego nie ma rzeczy niemożliwych, nie ma spraw beznadziejnych, choćby trwała bolesna bezsilność... choćby droga wydawała się być nie do przejścia, On jest zawsze tą ostatnią, najlepszą drogą, odpowiedzią na tysiące pytań...ale i do Niego nie ma innej drogi, niż przez krzyż...
Z Nim można choćby w nieskończoność zaczynać od nowa w Szkole Życia... czuję, że zaczyna się mój egzamin, próba sił, wiary, odwagi, jeszcze jedna próba ognia wprost z rąk kochającego Ojca - najlepszego Nauczyciela... On wie najlepiej, kiedy będę gotowa, by zejść ze szczytu i podjąć ten krzyż...

"Albowiem Tyś, Boże, nas doświadczył;
badałeś nas ogniem, jak się bada srebro.
Pozwoliłeś nam wejść w pułapkę,
włożyłeś na nasz grzbiet ciężar;
kazałeś ludziom deptać nam po głowach,
przeszliśmy przez ogień i wodę:
ale wyprowadziłeś nas na wolność." (Ps 66, 10-12)


Bóg jest Panem mojego czasu... i pobłogosławił moje cichutkie marzenia, które od dłuższego czasu odrzucałam pod przykrywką setek bezsensownych wymówek... Pan jest niebywały, nie dawał mi spokoju nawet we śnie, w rozmowach... i tym oto sposobem stoję u progu spełnienia, by całą sobą śpiewać Jego chwałę, by nie zamykać już ni głosu ni miłości w szufladzie, tylko iść z nim między ludzi, chwalić Pana za wszystko, co mi uczynił!!! :D

"Wszystko mogę w Tym, który mnie umacnia!" (Flp 4,13)

Kilka dni tanecznych treningów, pierwszy śnieg, ostatnie kwiaty, rześkie mroźne noce, wiele rozmów, pełnych serdecznych słów...a dziś - słoneczny blask po kilku dniach szarego, pokornego nieba... Panie, jesteś niesamowity. Alleluja! :)

Uciekam w kolejny tydzień pracy... pamiętając o modlitwie, Was proszę o to samo...
Zostańcie z Bogiem,


A. Wild

niedziela, 11 październik 2009, 15:51
Kochani, tylko chwila, a tak wiele słów do wypowiedzenia... :)

Znów kilka ważnych rozmów, wiele czynów, spontanicznych słów... chwile spędzone z przyjaciółmi, w których wzbierała w nas nieposkromiona radość, miłość... i odwaga. Bo nie potrafię już dłużej milczeć, stać w miejscu...i choć jeszcze często brakuje odwagi, są momenty, w których nie potrafię nie mówić o Łasce i o Miłości Najwyższego, jakiej codziennie doświadczam... :) Wypełniła się modlitwa do Ducha Świętego, wypełnia się każdego dnia... w Tobie moja odwaga!!!

"Zmieniłeś w taniec moją skrgę i płacz
Nie mogę już milczeć!
Będę Ci śpiewać
Wypełniony radością Twą!"

Tydzień temu, ponad miastem, stałam na wiadukcie, w świetle zachodzącego słońca mijałam odjeżdżający pociag i wspominałam stary sen... sen, w którym Jezus zaprowadził mnie do pociągu pełnego ludzi, śpiewających Jego chwałę... bałam się, ale On powiedział "Nie bój się, Ja jestem cały czas z Tobą..." Sen też się wypełnia... małymi krokami, pełnymi zaskakującego poznania i cennych słów, nigdy sama, idę na tę stację, z której wszyscy razem odjedziemy...

"Through many dangers, toils, and snares
I have already come
'Tis Grace has brought me safe thus far
And Grace will lead me home."

Opada mnie zmęczenie...ale cóż mogę innego, jeśli nie śmiać się cichutko spod krzyża codzienności?? Nie dając rady, poddając się... przyszła nagła myśl. Przecież jeśli poproszę Jezusa o pomoc, udzieli mi jej... bo jest Panem mojej pracy, bo dla Niego nie ma rzeczy niemożliwych! Dziś już wiem - nie ma!!! Bo On dokonał rzeczy, w które zwątpiłam... i odebrałam niezwykłą nagrodę za pozornie bezowocną pracę... :)
Zmęczona, czasem zasmucona...ale "czego mam się bać, Władco dnia i nocy, kiedy Ty jesteś obok?", kiedy Twoje Słowo wypełnia się w najprostszych ludzkich ścieżkach???

"W Bogu ufam, nie będę się lękał;
cóż może mi uczynić człowiek?" (Ps 56,12)

"Pan umacnia kroki człowieka
i w jego drodze ma upodobanie.
A choćby upadł, nie będzie leżał,
bo rękę jego Pan podtrzymuje." (Ps 37, 23-24)

"A chociażbym przechodził przez ciemną dolinę
zła się nie ulękne, bo Ty jesteś ze mną.
Kij Twój i laska pasterska
są moją pociechą." (Ps 23)

Minął zaledwie tydzień, a znów tak wiele się nauczyłam, tempo zmian jest nieposkromione od kilku lat, a wciąż mnie to dziwi... Boże, lubisz zaskakiwać :)

Piękno przyrody, nawet w lodowatych strugach deszczu, mocy błyskawic, gdy jednak dźwięczą ptaki na wietrze, promień słońca znienacka odbija się od twarzy i idę pospiesznie w korowodzie wielobarwnych liści, które nieziemsko malują szare chodniki... :) Panie, oby Twoja sztuka nigdy nie przestała być powodem mojego zachwytu...

"Serce moje jest mocne, Boże;
mocne serce moje,
zaśpiewam i zagram!
Zbudź się, duszo moja,
zbudź się, harfo i cytro!
Chcę obudzić jutrzenkę." (Ps 57)

Wciąż ubogacana muzycznie, pragnę się podzielić...zwłaszcza jednym utworem, który żywo przypomina mi nasz śpiew w szpitalnej kaplicy, który opisywałam...nawet głosy podobne i instrumenty te same...

www.youtube.com/watch

Zostańcie z Bogiem, shalom!

A. Wild

sobota, 26 wrzesień 2009, 15:16
Witajcie!!! :)

Czuję, jakoby to miejsce zostało zapomniane, za co przede wszystkim ja powinnam z całego serca przeprosić, ale myślę, że nie jest za późno, aby powrócić i pozostawić kilka słów, choć braknie na to czasu i zapału. Setki spraw i zdarzeń, w których nawet, gdy znajduję czas, brakuje często pomysłu. Bo tu nie potrafię w przeciągu kilkunastu minut stworzyć krótkiej relacji z nowych dróg, dołożyć do tego kilku refleksji, a na koniec wkleić fragment z Pisma. Bo to wirtualne miejsce traktuję jako naprawdę wyjątkowe, najważniejsze, najbardziej osobiste.
Trudno mi okiełznać wszystko, co wydarzyło się zwłascza w przeciągu ostatniego miesiąca - a wydarzyło się wiele. Otrzymałam odpowiedź na wiele niełatwych pytań, przeżyłam momenty niewyobrażalnej radości, doświadczyłam obecności Najwyższego we wszystkich napotykanych ludziach...i choć minęło sporo czasu, niewiele się zmieniło, niewiele uleciało tego szczęścia, entuzjazmu, pokoju... :) Dzień po dniu doświadczam cudu życia, uczę się celebrować każdy zwykły dzień...
Idę i walczę...ze zmęczeniem, z chorobą, z niepowodzeniami, nierzadko w ostatnim czasie brakowało już sił... ale zdumiewa mnie nieustannie to, jak Bóg działa we mnie, jak napełnia mnie Swoją bezbrzeżną Łaską... bo jednak idę, pomagam, śmieję się do ludzi, rankiem zapominam o wieczornych łzach, nie poddaję się tak łatwo...jednak idę, choć jeszcze nie tak dawno wydawało się to heroizmem, wszystko wokół było pełne niepewności.
Idę z Najwyższym, choć wciąż nie do końca pojmuję, jak byłam w stanie w ciągu kilku chwil zawierzyć Mu wszystko...
Zaskakujące i piękne są chwile, w których momentalnie nabieram odwagi, nagle wypełnia się modlitwa i jestem w stanie świadczyć, mówić o Chrystusie jako moim Mistrzu i Przyjacielu... i tych długo wyczekiwanych momentów jest coraz więcej, przychodzą znienacka, nawet gdy nie zdaję sobie sprawy z tego, że mówię i czynię dobro bez lęku, naprawdę długo tego pragnęłam.
Każdy dzień zachwyca na nowo feerią jesiennych barw, dobrą pracą, setką uśmiechów, które stają się motorem napędowym... Czuję, że żyję, nawet gdy zimno, szaro, gdy znów boli, brakuje czasu...a może zwłaszcza wtedy, bo oto właśnie lekcja życia, lekcja pokory i wytrwałości...
Wiele mogłabym pisać (byle nie popaść w grafomanię ;) ), myslę jednak, że to krótkie świadectwo wystarczy - bo najdobitniej opisuje wszystko, co mnie przepełnia. Alleluja!!!

Tymczasem, uciekam wykorzystać ten wolny wieczór jak najpełniej... :) Postaram się, mimo wszystko, zaglądać tutaj częściej i pozostawiać co jakiś czas garstkę refleksji, może już inaczej, niż do tej pory. Myślę nad nieco inną formą przekazu, ale do realizacji długa droga.

Bywajcie, shalom!!!

A. Wild

Ps. W rzeczywistości notka z piątku, ale serwis notorycznie odmawia współpracy...
sobota, 15 sierpień 2009, 11:11
Krystian, mam prośbę: podaj mi jakiś namiar na siebie, widziałam że założyłeś hasło na blogu, a chciałabym się z Tobą skontaktować, chociażby w kwestii odpowiedzi na nieustannie zadawane przez Ciebie pytania ;) Pozdrawiam, A.
czwartek, 13 sierpień 2009, 18:59
Kochani, powróciłam... :) Nie był to łatwy powrót, ale w przypływie deszczowej pogody postanowiłam wreszcie zasiąść przed komputerem i nakreślić krótko to wszystko, czego doświadczyłam w ostatnich tygodniach wędrowania...

Czym się zajmowałam? Uczyłam się życia - tak mogę najkrócej odpowiedzieć...uczyłam się wszystkiego tak, jakbym zapomniała dawnych doświadczeń, spotkałam wielu ludzi, których mogłam głębiej poznać, pokochać, którzy malowali moje dni jasnymi barwami swych uśmiechów, słów, spojrzeń, gestów... pobyt w szpitalu u Malinowych Aniołów, choć tym razem nie był łatwy, pomógł mi poskromić ból i bezpiecznie wrócić do tańca - stał się także nową Misją Miłości, posługą kredki i ołówka - bo mogłam tworzyć dla przyjaciół, obdarowywać wszystkich rysunkami - jakbym oddawała część siebie... Nauka stricte szkolna też nie była mi obca, gdy spędziłam kilka dni na wykładach z przedmiotów ścisłych, liznęłam odrobinę studenckiego życia, będąc przez całe dni w biegu od akademika do sal wykładowych i odwrotnie... Błoga radość i swoboda nad morzem - całą sobą chłonęłam słońce, niosły mnie morskie fale...powróciłam do domu fantastycznie wypoczęta... by wszystko to, co mam już za sobą rozważyć, by wiele spraw zrozumieć, odpowiedzieć sobie na zadawane od tygodni pytania, zrozumieć to, czego nauczyłam się w tej Szkole Życia.

"Jestem bezradny jak dziecko, póki mnie ktoś nie podniesie..." Jestem jak dziecko...mam swoje klocki, z których cierpliwie układam ścieżki życiowych wyborów, którymi ćwiczę pokorę i cierpliwość... ale gdy nie ma przy mnie mego Mistrza, który z miłością spogląda na te poczynania, znów płaczę, zwieszam się, odkładam klocki na półkę i czekam... Wiele było takiego oczekiwania, także i teraz... w gwarze, zmęczeniu, bólu, niepowodzeniu niejednokrotnie nie dawałam już rady... ale wystarczyła chwila, bym ponownie zdała sobie sprawę, że Mistrz czuwa, że nie pozostawi mnie, zwłaszcza kiedy błądzę, kiedy jestem bezradna wobec wszystkiego, co dzieje się wokół mnie... Panie, często tak trudno zaakceptować mi Twoją wolę, często się poddaję w drodze...ale prowadź mnie dalej, bo tylko na krańcu tej drogi, którą razem wybudujemy, widać słońce...Zetknięcie z pierwszymi aspektami prawie dorosłego życia nie jest łatwe, teraz już to wiem... Czasem myślę, że chciałabym się cofnąć dziesięć lat wstecz, by uniknąć pogoni za tysiącem spraw, uniknąć fałszu, obłudy, przemocy, uniknąć narastającego w obliczu wielu obowiązków niepokoju... być dzieckiem nie tylko duchem, ale i ciałem, i umysłem... Czuję, że nastaje czas walki, że znów poniosę krzyż codzienności...i muszę tak mocno, jak nigdy dotąd, zawierzyć wszystko Jezusowi, inaczej nie dam rady wytrwać...

Obecnie jednak jeszcze oddaję się urokowi schyłku lata, choć za oknem szare, pokorne niebo i kolejny deszcz... Robię to, co lubię, a jednocześnie przynoszę radość innym... :) Przekonałam się, że rysunek tez może być formą Apostolstwa Dobroci, wcześniej nie potrafiłam tego pojąć...a wystarczyło zabrać z domu papier, kredki, garść pomysłów i wyjść z tym do ludzi... gdy widziałam uśmiechy na twarzach obdarowanych osób, gdy otrzymywałam kolejne zlecenia, gdy słyszałam wiele słów pochwały, odbierałam najcenniejsze nagrody za wysiłek, za poświęcony czas i serce włożone w pracę... :) Spełniam swoje dawne marzenia, uzewnętrzniam wytwory wyobraźni najdobitniej, jak można, czynię dobro i maluję uśmiechy na twarzach ludzi... teraz już pojmuję, że to właśnie taką misję ofiarował mi Pan. Tak właśnie mam nieść świadectwo o Nim, bo to Bóg dał mi sprawne ręce i umysł, wspaniałą moc wyobraźni i odrobinę talentu... i tym wszystkim pomaga mi siać dobroć pośród napotykanych ludzi... :) Tylekroć pragnęłam świadczyć o Jego miłości i potędze, chciałam mówić o Bogu, a nie zdawałam sobie sprawy z tego, że przez cały czas świadczyłam...właśnie słowem, czynem, rysunkiem, śpiewem, tańcem, uśmiechem, całym dobrem, jakie On pozwala mi czynić...Chwała Ci, Panie! :)
Każdy moze być takim Apostołem Dobroci - wystarczy tylko wyjść do ludzi z miłością...

Tymczasem, uciekam w świętowanie codzienności, pełnej niespodzianek i małych radości... :) Zostańcie z Bogiem, shalom!

A. Wild


PS. Miałam wrzucić tę notkę wczoraj, ale najwidoczniej serwis odmówił współpracy...
wtorek, 30 czerwiec 2009, 10:43
Drodzy Wędrowcy!!!

Po roku pracy, modlitw i snucia planów dostałam się do wymarzonej szkoły, toteż rozpoczynam wakacje :D Czas przewietrzyć umysł, doprowadzić ciało do porządku, wypocząć, spełnić kilka marzeń, poznać nowych, wspaniałych ludzi... Oczywiście, wracam na czwartą już Misję Miłości, czyli do wcześniej wspominanych Malinowych Aniołów, podreperować trochę zdrowie - nie tylko ciała, ale też i duszy... :) Przez najbliższe miesiące czeka mnie wiele zabawy, ale też wiele pracy. Przede wszystkim pracy nad sobą... ale nie lękam się niczego! To już drugie wakacje z Jezusem, wierzę, że dzięki Niemu ten czas będzie obfitował w małe cuda i niespodzianki...

Pozostawiam Was na miesiąc, po powrocie odezwę się z wieloma rozważaniami; trochę tego uzbierałam i nie miałam jeszcze okazji zapisać. Zostańcie z Bogiem! :)

Slainte,
Antosia
piątek, 12 czerwiec 2009, 12:06
Drodzy Wędrowcy,
z bagażem pełnym nowych doświadczeń wracam tutaj, by pozostawić choć odrobinę siebie. Ostatnie chwile szkolnej gonitwy ukończone nader pozytywnie, trzecia rocznica otwarcia tego miejsca, spokojny i pełen radości dzień urodzin, pierwsza rocznica Bierzmowania, nowe przygody taneczne wraz z coraz bliższymi roztańczonymi przyjaciółmi... :) Stoję u progu wakacji; gdy oswoję do końca nieokiełznane pokłady wolnego czasu i wszystko inne wróci do normy, powrócę tu na dłużej. Póki co, idę zaleczać przeziębienie i szukać Boga w ludziach; pozostawiam po sobie kilka złotych słówek, spisanych ukradkiem w milczeniu...


* Cisza - najtrwalsze mieszkanie Boga na ziemi.
* Przychodząc do mnie, Jezus zakłada mi różowe okulary. Szkoda tylko, że po jakimś czasie zaczynają one przeszkadzać...
* Pragnę być świecą, najprostszym narzędziem w ręku Chrystusa. Nie chcę ustać w tym dążeniu.
* Rodzice nagradzają swoje dzieci za dobrą naukę. To samo robi z nami Bóg Ojciec w Szkole Życia!


~~~~~~~~
"Błądzę jak owca, która zginęła;
szukaj swego sługi,
bo nie zapominam o Twoich
rozkazach." (Ps 119, 176)
 

Powrócę niebawem, shalom!
A. Wild

środa, 13 maj 2009, 19:36
Witajcie!

Znaduję chwilę, by zajrzeć i tutaj :)
Dziś trzynasty...
dla jednych dzień pechowy, dla innych zaś dzień błogosławieństwa. Dziś zdałam sobie sprawę z tego, że trzynasty dzień każdego miesiąca to dzień w szczególności poświęcony Matce Najświętszej...i teraz już rozumiem, jak wielkie znaczenie miała ta poranna, spontaniczna modlitwa przed drogą do szkoły... :) Nikomu z nas nie było łatwo zmagać się z trudami szkolnej codzienności, ale wierzę, że daliśmy radę dzięki pomocy Maryi... Ileż uśmiechu, pomocy, blasku słońca pomiędzy łzami, goryczą i przemocą...

"Uczynić ludzi szczęśliwymi to marzenie szczęśliwych ludzi." (Phil Bosmans)

Marzenie pomocy, dobroci, uśmiechu... to najprostsze - a jednocześnie tak trudne Apostolstwo powoli sie wypełnia wszędzie wokół...gdy nieświadomi widzimy Boga w twarzach ludzi... :)

Czas szkolny wciąż gorący...poprawy, zaliczenia, cztery ostatnie tygodnie walki o godny koniec... Jednocześnie godzę niekiedy wielogodzinne maratony nad książkami z chwilami tańca, zapisywaniem swoich myśli w Codziennikach, czasem dla bliskich czy odpoczynkiem w modlitwie. Patrzę na wszystko, co ma miejsce i od jakiegoś czasu zaczynam sobie zdawać sprawę, że to zaledwie początek tego, co czeka mnie w szkole średniej. Proszę Boga o umiejętność organizacji i morze wytrwałości. Bez Niego upadnę choćby i teraz, na półmetku, wiem to...

"Każdy z nas ma w życiu kogoś takiego kto sprawia że uczymy się jego nieobecności
i wcale nie musi być to aż tak trudne i aż tak smutne. Bo przecież pozostają w
nas również wspomnienia czegoś co było bardzo piękne... I takimi wspomnieniami
jest jedna z moich chyba najbardziej popularnych piosenek. Piosenka o rysowaniu
czegoś białego, puszystego i dobrego..."

Szłam dziś do szkoły...minęłam wspaniały, pełen ogromnych drzew i barwnych krzewinek ogród. Przechodzę obok niego nieprzerwanie od trzech lat, czasem zapatrzona w promieniującą z niego zieleń, czasem w kompletnej obojętności... a dziś dotknęła serca myśl: "Babcia na pewno chciałaby mieć taki ogród, pielęgnować te rośliny i zapraszać do niego swoje przyjaciółki... ale Ona teraz pielęgnuje słoneczniki w ogrodach Pana, tam ma swój mały zakątek..." Chwila, gdy przypomniałam sobie, że to Ona nauczyła mnie czytać, była wtedy, gdy rodzice być nie mogli...gdy przypomniałam sobie, jak układałyśmy papierowe żetony z rysunkami dzikich zwierząt, jak wyklejałysmy na kartkach kwiatki z drewnianych obierek po kredkach, jak spędzałyśmy popołudnia w ogrodzie, wówczas jeszcze pełnym drzew i słoneczników... Potem, po lekcjach, spojrzałam do podręcznika do historii... druga wojna światowa, zesłanie na Sybir, czas zimnej wojny... i ta myśl, że Ona to wszystko przeżyła, była tak młoda, a w tych trudnych czasach zdobyła wykształcenie i uczyła dzieci w przyszpitalnej szkółce...podobno pięknie śpiewała i rysowała, była niezwykle uzdolniona artystycznie...
...a nie ma Jej z nami już prawie osiem lat... Wspomnienia są żywe, wracają czasem tak nagle, są tylko wspomnieniami, bo choć Babcia była mi tak bliska, nigdy nie poznałam Jej do końca, wszystkiego, co wiem, dowiedziałam się całkiem przypadkowo na przełomie tych ostatnich lat...i buduję w sercu Jej obraz. Nagła fala wspomnień w końcu staje się radością, gdy widzę Babcię, tańczącą w ogrodach Ojca ze swymi najbliższymi i przez Okno spoglądającą na nas z uśmiechem i czułością... :)

Uciekam w wypoczynek, uciekam w taniec. Uciekam doskonalić się w tej ukochanej sztuce, by znów razem z przyjaciółmi rozpalić dynamicznym ruchem ogień szmaragdowej radości... :)

Shalom!

A. Wild

środa, 06 maj 2009, 19:38
Kochani,
ostatni naukowy pęd, ostatnie dokumenty, ostatnie pożegnania... i stanę się licealistką! :)
Szukam w tym wszystkim pozytywów, mimo, że rozstanie z gimnazjum, z przyjaciółmi, pozostawienie za sobą mnóstwa wspomnień i "wyjście w świat" wciąż napawa smutkiem...

"Czasem wszystko musi się posypać w gruzy, żeby na miejscu starego życia wybudować nowe, lepsze." (Irenne)

Fiat voluntas Tua... Panie, niech dzieje się Twoja wola, nie moje zachcianki... Ufam, że w najcięższej chwili nie pozostawisz mnie i czuję ogromną radość płynącą z Twojego Słowa...
Zawierzyć się Bogu w nieświadomej modlitwie, a potem uświadomić sobie wypełniające się słowa, spełnione marzenia, trwające na jawie sny - piękna rzecz... :) W obliczu bólu, zwątpienia, zmęczenia odnaleźć Jego miłość w sercach kochających przyjaciół i życzliwych ludzi, chwytać całą sobą tchnienie Ducha Świętego w wietrze, blasku słońca i pierwszym majowym deszczu...z pomocą Pana zmagać się z własną słabością... tylko przez krótkie "bądź wola Twoja" stało się tak wiele, że ciężko mi to okiełznać, przyjąć, poukładać...ale chaos wydarzeń pobrzmiewa nutą szczęścia i pokoju, a to istotne... Chwała Ci, Panie!

Bóg jest Mistrzem Niespodzianek! :) Wychodząc wczoraj z domu, nie byłam zupełnie świadoma tego, że za godzinę spotkam się z moją roztańczoną Anielicą i "zagramy sobie w zielone", jak za dawnych dni, gdy byłam jej początkującą uczennicą, na tyle zawziętą i zakochaną w tańcu, że zatracam się w nim do dziś, pnąc się wyżej ku zdumieniu tych, pod których czujnym okiem zaczynałam... Wspaniale było tańczyć w tak ogromnej euforii, która zacierała fizyczny ból i niepowodzenia, wspaniale było wraz ze wszystkimi przyjaciółmi radować się obecnością naszego Anioła i tonąć w morzu wielu wspólnych wspomnień... :) Oby śladem po euforii pozostała nieustająca melodia serca, oby u ramion pięły się szmaragdowe skrzydła pasji, oby żaden krok nie był skażony smutkiem niepowodzenia... Pozostaje mi wierzyć. Bóg jest także Panem mojego tańca...

Z radością nowych doświadczeń odchodzę w dalszą wędrówkę... Rozpoczyna się moje Preludium Do Dorosłości, nie mogę zmarnować tych wielu cennych chwil ani podjąć pochopnych decyzji...
Dzisiejsza myśl, przeczytana o poranku: "Nie stawaj się przesadnie bogaty, ale bądź bogactwem dla ludzi".

Żegnam Was, powrócę niebawem z garścią nowych przeżyć. Shalom!

A. Wild

niedziela, 19 kwiecień 2009, 11:11
Marval, zaskoczyłeś mnie, nie wiedziałam, że oboje borykami się z podobnymi gimnazjalnymi problemami... na szczęście, wybrałam już szkołę i profil, teraz tylko czas złożyć dokumenty i czekać. Wierzę, że i Ty dobrze wybierzesz swoją przyszłość.
Cieszę się ogromnie, że doświadczyłeś tego niezwykłego cudu przyjęcia Ducha Świętego, szczególnie we wspaniałym czasie Zmartwychwstania. To niesamowity dar, który umacnia tak naprawdę na całe życie i w najtrudniejszych chwilach napełnia przeswiadczeniem o nieskończonej Bożej Mocy i Miłosierdziu. Jeszcze nieraz przekonasz się, ile uczynił dla Ciebie kochający Ojciec przez Ducha Świętego tym drobnym gestem... :) Pozdrawiam Cię serdecznie i życzę wielu błogosławionych chwil na nowej drodze u boku Zmartwychwstałego. Idź z Bogiem, shalom!!!

Cichutko liczyłam na to, że w ciągu ostatniego tygodnia uda mi się dojść tutaj i zostawić chociaż kilka słów...jednakże, błogosławione chwile pozostały otoczone milczeniem i powracam dzisiaj, jakby...dojrzalsza, pełna wielu nowych doświadczeń, pragnąc się nimi z Wami podzielić.... :)

"Człowiek prawdziwie religijny odczuwa potrzebę dzielenia się z innymi swoim szczęściem." (Irenne)

Triduum Paschalne... nawet jako dziecko, nie potrafiąc jeszcze do końca uwierzyć, dostrzegałam, że z roku na rok przeżywam te wspaniałe dni coraz silniej, coraz więcej pojmuję z tego, co ma teraz miejsce - i co działo się prawie dwa tysiące lat temu, abyśmy my dziś cieszyli się duchową wolnością...
Wielki Czwartek... gdy zdrowo obmyte deszczem, nie mogłyśmy z przyjaciółką zaszyć się nigdzie, biegnąc na dworzec... Jasno lśniło słońce, gdy nagle błyskawica przeszyła niebo...i ten deszcz, na który nie pomogły najdłuższe płaszcze i parasolki...deszcz, który obmył nie tylko ciało, ale i duszę... później łzy, gdy na wieczornej Mszy św. głośno biły dzwony i po raz ostatni śpiewaliśmy "Chwała na wysokości Bogu..." łzy, bo odchodzi najdroższy Przyjaciel, żegna się... choć właściwie, On teraz nie umarł, teraz przez Jego łaskę umarła nasza słabość... porozumiewawcze uśmiechy, gdy w niezwykle wymownej Ewangelii mowa była o obmyciu nóg Apostołom... a potem Sakrament Miłości, Jego Ciało i Krew, jak na Ostatniej Wieczerzy... i powrót do domu, ale inny niż zazwyczaj, gdy na zewnątrz gościł słaby uśmiech, a w sercu panoszyła się dziwna pustka...
Wielki Piątek...ostatnie przedświąteczne obowiązki, najsmutniejsze nabożeństwo w całym roku...choć jednocześnie pełne nieustannie płonącej nadziei, nadziei w Panu. Czuwanie przy Najświętszym Sakramencie...i tu już żadne słowa nie będą odpowiednie...
Wielka Sobota...
podenerwowanie i tęsknota, byleby jak najszybciej być u Pana...poświęcony ogień, który wieczorem nieśliśmy ze sobą, na świecach i sercach, pierwsze nieśmiałe śpiewy, pierwsze wygłoszone Alleluja... i radość, już tylko radość w oczekiwaniu na rezurekcyjną procesję, gdy już cały świat usłyszy radosną nowinę Zmartwychwstania...
Świat usłyszał...po raz pierwszy od kilku lat podczas procesji nie padał deszcz, pełni niewyspania, śpiewaliśmy z całych sił, bicie dzwonów nie zagłuszyło cudownego śpiewu ptaków, gdy zajaśniał pierwszy słoneczny promień... Chrystus jest już pośród nas, z całego serca głośmy Jego chwałę....!!!

Tegoroczne Święta napełniły moje serce niezwykłym pokojem i stały się czasem wypoczynku po codziennych trudach... Czas spędzony z przyjaciółmi, pośród piękna wiosennej przyrody, fantastyczne spotkania z rodziną, śpiew, taniec, blask słońca... Po takiej dawce szczęścia miałam ochotę wracać do szkolnej codzienności, by dalej nieść entuzjazm i radosną Nowinę... :)

Rozpoczęła się codzienność... pierwsze wielkie życiowe wybory, pierwsze ważne decyzje, strach egzaminacyjny, który udziela się nawet niepiszącym... i brzemię naukowego sukcesu, którego zaznałam tuż po czasie pierwszych ekscytacji. Czuję się przyczyną zawiści wielu ludzi oraz uczennicą traktowaną nieco specjalnie, choć wcale się o to nie dopominałam. Chciałam spełnić swoje marzenia i sprawić ogromną radość tym, którzy wierzyli w moje możliwości, gdy ja już przestawałam wierzyć, a tu dostałam jeszcze mały bonusik... Powoli jednak zaczynam myśleć, że Bóg Ojciec, pozwalając mi to wszystko osiągnąć (bo sama, bez Jego pomocy nigdy nie dałabym rady!), wiedział doskonale, jakie wywoła to odczucia w najbliższym otoczeniu i daje mi coraz wyraźniej do zrozumienia, żebym szła dalej swoją ścieżką i patrzyła na ten młyn wokół siebie bez zażenowania, ale z jeszcze większą pokorą... Oto cel.

"Kiedy odnosisz sukcesy, zyskujesz fałszywych przyjaciół i prawdziwych wrogów. Odnoś sukcesy, mimo wszystko." (napis ze ściany przytułku w Kalkucie)

Nowe doświadczenia to przygotowanie do nowej drogi, do kolejnych trzech lat szkolnego życia w coraz trudniejszym wydaniu. Idę dalej tam, gdzie od dłuższego czasu chciałam pójść, idę sama, ale tam też czekają na mnie przyjaciele, ci, przy których nie muszę niczego udawać ani udowadniać, tylko po prostu jestem... Jestem sobą, ze swoim sercem i umysłem, ze swoją wiarą, z pasjami, z marzeniami. Czekałam długo na tę chwilę, gdy wyrwę się ze szkoły przetrwania i pójdę dalej, choćby tam miałoby być jeszcze gorzej, niż bywało tu.
Wiem jednak, że ciężko będzie to wszystko pozostawić, pożegnać wszystkich i z barwną cenzurką ruszyć w dorosły świat... Wszyscy mniejsi i więksi przyjaciele, wspaniali nauczyciele na ulubionych lekcjach, setki wspomnień i atrakcji...a nawet utarczki, ciężary i łzy... Trudno tak nagle uświadomić sobie i pogodzić się z tym, że te trzy lata minęły, jakie były, takie były, ale teraz trzeba je jak najlepiej zakończyć i ponieść dalej juz tylko w sercu i umyśle... Idę przecież dalej, dalej w głąb, dalej rozwijać się, realizować swoje marzenia i pasje, doskonalić się... :)

Jeszcze nie tak dawno pisałam, że nie mogę rozpaczać, płakać z tęsknoty...tylko iść dalej, "bo chcę iść coraz dalej - coraz głośniej śpiewać..." Żeby iść stale do przodu, trzeba wciąż trwać w biegu wydarzeń, kończyć jedno i rozpoczynać drugie. Inaczej nie można rozwijać się, doskonalić... Im dalej w czas, tym bliżej do Wieczności! Idę dalej z tymi słowami na ustach.

Idę dalej...świętować Niedzielę Miłosierdzia z modlitwą dziękczynienia na ustach, radować się kolejnymi wolnymi dniami i spędzić trochę czasu z bliskimi... :)
Shalom, chaverim!!!

A. Wild 
środa, 08 kwiecień 2009, 19:41
Kochani,

zachwyt pierwszym tchnieniem wiosny, trwającym nieprzerwanie od kilku dni, odpędza niepokój, czyniąc go ciekawością tego, co wydarzy się niebawem, odpędza ból, czyniąc go ofiarą za tych, których boli jeszcze bardziej, odpędza ciężar codzienności, czyniąc trudne obowiązki radosnym zajęciem... :) Każda chwila staje się maleńkim cudem, gdy od rana aż po wieczór słyszę wszędzie wokół Chórki Pańskie, jasność słońca na błękitnym nieboskłonie budzi i usypia, lekki wiatr prowadzi i daje wytchnienie, w przestrzeni rodzącego się na nowo ogrodu przemykają pierwsze wielobarwne motyle i widać...zieleń, pierwsze kwiaty, niezmordowanie pnące się do góry, tak niespodziewane po remontowej rzeczywistości, jeszcze pośród desek i cegieł... Bóg jest najwspanialszym Artystą, który tworzy specjalnie dla nas, ku naszej radości...nie ustaje nigdy w swej pracy, choćbyśmy mieli jej nie dostrzegać, choć nieustannie niszczymy tę wspaniałość ziemi... Odczułam ogromną radość, gdy kilka dni temu, chodząc po lesie z wielkim workiem i zbierając śmieci, nagle przystałam, ujrzałam pod stopami drobne, fioletowozłote kwiaty, nad nimi jeszcze zielone kwiatostany drzew, a pomiędzy pniami przeczysty błękit i lśniący, słoneczny krąg... Nawet nie zdawałam sobie sprawy z tego, ze stoję jak sparaliżowana, uśmiecham się od ucha do ucha i wzbudzam powszechną radość wśród naszej grupki sprzątającej :D Chodziliśmy pośród drzew i śmieliśmy się wszyscy, że wyglądamy jak ekipa Świętych Mikołajów w błękicie z tymi workami, ale wszyscy nie do końca zdawaliśmy sobie sprawę, jaki prezent sprawiamy Ziemi, jak możemy uradować Stwórcę dbaniem o Jego dzieło, którego nie potrafili uszanować inni...

Dziś natomiast biegałam, pełna radości, po ogródku, cieszyłam się kępami krokusów na hałdach poremontowej ziemi, tonęłam w śpiewie ptaków, wodziłam obiektywem aparatu po trawniku... choć całego piękna przyrody nie uchwyci nawet najlepszy obiektyw - ale na pamiątkę wiosennej gorączki pozostał powyższy odcisk mojej łapki w kobiercach drobniutkich kwiatów... :)

Rajd szlakiem erytrocytów po okolicznych komórkach dobiegł końca... w samo południe na szkolnym dziedzińcu ;) W upale najdłuższej przerwy stałam z koleżankami, podenerwowana kilkudniowym oczekiwaniem na wynik, aż nagle usłyszałam wołanie nauczycielki... Pobiegłam w stronę szkoły...a resztę dnia wypełniły już tylko radosne okrzyki, uściski, moc gratulacji, wielka euforia...udało się! Po pół roku nauki dostałam się na listę laureatów wojewódzkiej olimpiady, a co za tym idzie, nie piszę egzaminów ścisłych, a drzwi każdego liceum są dla mnie otwarte! Chwała Bogu!!!

Ostatnie dni...jutro już początek Triduum Paschalnego, z każdym rokiem przeżywanego coraz silniej, coraz owocniej... już jutro powoli zacznie się wypełniać oczekiwanie i droga, wspaniała droga... Tyle nauki, tyle potknięć, tyle małych radości i większych zwycięstw, tyle bezsilności pod krzyżami, zamienianej przez Chrystusa w moc...i powoli Jego zwycięstwo stało się moim udziałem, dojrzałam do zrozumienia wielu prawd...

Czas wolny, upragniony prezent, który spróbuję wykorzystać w pełni sił i możliwości ;) Boże, poprowadź mnie przez nadchodzące dni, dni świąteczne, abym zawsze pamiętała o celu, do jakiego wędrujemy i bym potrafiła mówić o Tobie bez lęku jak o najlepszym Przyjacielu...

Do napisania niebawem, shalom, chaverim!
A. Wild
sobota, 28 marzec 2009, 13:01
Shalom!!!

Kolejny miesiąc przerwy w pisaniu. Kolejne dni pędu: nauka, jakieś wyjazdy, taniec, w międzyczasie znów nauka, domowe obowiązki, nocne modlitwy, zaniedbane przyjaźnie... ale mimo wszystko, nie żałuję tego intensywnego czasu, który dobiega końca. Doświadczyłam przez ostatni miesiąc wielu małych cudów, licznych radości...ale i sporych ciężarów.
Zostałam przed kilkoma dniami w domu sam na sam z przeziębieniem...i choć wiedziałam, że przede mną masa obowiązków, ostatni tydzień gonitwy, cieszyłam się ogromnie, że mogę wreszcie powiedzieć: "dziś mam czas, mam czas na wszystko"... i chociaż wówczas, w Niedzielę, wracałam do domu z niezbyt dobrym nastrojem, dziś już wiem, co Bóg miał na myśli, gdy układał mnie do snu, gorączkującą i zmęczoną... :)

Wypełniają się modlitwy, dzieją się małe cuda pośród przyjaciół... Matko Najświętsza, tyle razy brakowało już sił, by szepnąć choć słowo...zmagalam się z sennością, z myślami, że może jednak nie warto, że nic nie poskutkuje, że za dużo oczekuję od Boga... a jednak stało się zupełnie inaczej, niż przypuszczałam... :) Chwała Ci, Panie!!!

Zrozumiałam też po raz kolejny, że dzieło Nawrócenia dokonuje się każdego dnia na nowo... po każdym upadku, każdej słabości jest czas, aby znów powstać... jest czas, by znów przyjść do Jezusa, by naprawić popełnione błędy...i zapomnieć o chwilach zagubienia, iść dalej... Dzięki Niemu udało się po raz kolejny powstać z odrętwienia...

Minęło ważne święto - dzień świętego Patryka, patrona Irlandii :) Kolejny występ...ale mój pierwszy z tych poważnych, wspaniała zabawa taneczna z tymi, których jeszcze niedawno z daleka podziwiałam, a dziś stali się przyjaciółmi... :) Kolejny występ, który tym razem stał się zwycięstwem i powodem do dumy dla instruktorek i przyjaciół, którzy we mnie nieustannie wierzyli. Zwyciężyłam, zwyciężyłam ciężar bólu, beztalencia, chorych ambicji, choroby; Bóg złamał moją słabość, wlewając w serce i nogi wciąż nowe siły i znacząc szlak dni spełniającymi się powolutku marzeniami... :)

"Wczoraj znalazłam się w raju pełnym koniczyny i stukotu bodhranów...
Wczoraj była w Olsztynie impreza z okazji dnia św. Patryka. Pojechałam na pokaz tańca irlandzkiego, występowała olsztyńska grupa...i była okazja, żeby potańczyć z nimi!!! Oczywiście skorzystałam...
To było wspaniałe...w głowie jeszcze szumi mi muzyka, ten zapach...jeszcze czuję lekki ból nóg...i przed oczami wciąż widzę te tancerki w białych bluzkach i kiltach, z zielonymi wstążkami wplecionymi we włosy...
Niestety, zajęcia odbywają się za późno, bo o 20:15...ale może w przyszłości skorzystam...i za kilka, kilkanaście lat zatańczę tam razem z nimi!!!
Tá sé go hálainn!"
Pisałam te słowa dwa lata temu, zupełnie niedoświadczona, określana jako nienadająca się do tańca... i po raz kolejny myślę, że stał się cud - bo wielkie, niemal nieosiągalne marzenie spełniło się w przeciągu kilkunastu miesięcy. Ogromny wysiłek, pragnienia, determinacja, wielka nauka wytrwałości i pokory, miłość... i dziś przywdziewam się w koniczyny, w szkocką kratę, w lśniące baletki, w upragnioną sukienkę...i tańczę, tańczę z nimi.... :D
Boże, dziękuję Ci za zieloną, taneczną miłość, za realizowane pasje, za roztańczonych przyjaciół...!

Pierwszy dzień kalendarzowej wiosny powitałam na...rajdzie szlakiem erytrocytów po okolicznych komórkach, czyli wojewódzkiej olimpiadzie biologicznej :) Jestem usatysfakcjonowana samym dojściem do tak dalekiego etapu konkursu, zdobyciem wiedzy, która zaprocentuje w szkole średniej... i dziękuję Bogu, ze wytrwałam żmudne przygotowania, długie godziny nauki, powtórek, rozwiązywania testów...

Jesteśmy na półmetku, na półmetku Wielkiego Postu...

"Chcialabym przezyc te Swieta prawdziwie, autentycznie dotknac Bozej Milosci, ze skrucha uderzyc sie w piers... Nie moge sie doczekac Triduum Paschalnego, Trzech Dni, ktore wstrzasnely swiatem...

Triduum....Wielki Czwartek zawsze zachwycal mnie klimatem godnosci i swietosci, podkreslal waznosc funkcji kaplana, swietosc powolania... Wielki Piatek, fioletowy w smutku i zalobie, ciemnosc nieba nad wzgorzem Golgoty rozerwana Grzmotem...
I ta scena z Pasji, gdy kropla z Nieba spada na krzyz z umeczonym nieludzko cialem Jezusa... Bog placze nad Toba, kazdego dnia. Martwi sie o Ciebie. Tak, o Ciebie. Martwiles sie o kogos kiedys? Cierpialas z kims bliskim nie mogac mu pomoc? Bo nie chcial, odsuwal sie, izolowal? Wiesz jaki to bol? Rozumiesz smak lez bezradnosci? Bog tez Ciebie kocha i tez cierpi, tak jak Ty... Nie kaz Mu na siebie czekac. Przyjdz do Niego pierwszy - nie boj sie...

W Wielka Sobote w Kosciele bedzie spory ruch, barwne koszyki, kolorowe baranki, jajka, dzieci podekscytowane ceremonialem kropienia jedzenia - i odwiedziny w Grobie. Cialo lezy zlozone nieruchomo, zimny marmur pod calunem.... Tabernakulum otwarte na osciez, odarte z intymnosci sacrum - jak Jezus, o ktorego szaty grali rzymscy najemnicy.
I smutek jakis, bezradna depresja, brak motywacji do dzialania, brak sil do wiary i ciagle pytanie - Boze, dlaczego? Boze jestes tam? Ostatek sil serca konajacego UFAM TOBIE PANIE....

....ryk dzwonow w rezurekcyjny poranek - otworzcie okna, niech wstana wszyscy ktorzy spali snem glebokim! Alleluja! ZMARTWYCHWSTAL! Oto cud na ktory czekala cala ludzkosc! Wiara, nadzieja, milosc triumfuja w promieniach wschodzacego slonca - JEZUS ZYJE!!!! Magdalena, dzielna niewiasta, samotna w swej zalobnej podrozy wraca do Apostolow z podniesiona glowa. W jej oczach nie ma szalenstwa i rozpaczy ale radosc, ufna wiara i autentyczna - WIDZIALAM GO!


...czy w obliczu TAKIEJ historii ma znaczenie promocja na proszek do prania?
...czy jest wazne ile sztuk jajek kupimy, jaki majonez stanie na stole, ktory rodzaj kielbasy....?
...czy w tloku ofert, okazji, pracy, porzadkow, zestawow sprzatajacych po atrakcyjnych cenach, radosnych barw witryn sklepow i butikow nie zapomnimy o swojej duszy?"

Tekst znaleziony w sieci...ale doskonale oddający to, czego nie potrafiłam przekazać własnymi słowami. Tak często umyka nam to, co wydarzyło się naprawdę, co wciąż odnawia się obok nas, gdy brniemy w codzienność, gdy zapomnimy o celu, a skupimy się wyłącznie na drodze...
Też zabłądziłam, też zapomniałam...z nosem w książkach, błękit nieba i śpiew ptaków podziwiając tylko przez szybę, zbywając przyjaciół zdawkowymi telefonami, usypiając podczas wieczornej modlitwy, szukając wygodniejszej drogi... Boże, dziękuję Ci za ten czas nowego Nawrócenia...za to, że mnie podniosłeś z upadku, wskazałeś cel...i nieustannie pomagasz naprawiać popełnione błędy...
Cisza...już jest łatwiej, jest lepiej... Już mogę wyjść z domu, odetchnąć świeżym powietrzem, spędzić popołudnie z przyjaciółką, pójść na Mszę św., poczytać książkę, przetańczyć cały wieczór, wyciągnąć rodziców na spacer... Jest łatwiej, mimo iż krzyż codzienności jest nieustępliwy, mimo iż Bóg błogosławi także bólem, brakiem sił, zniechęceniem, mimo iż wciąż mam tyle do zrobienia z sobą samą... ale Jezus nie zostawił mnie samej z tym wszystkim, teraz już wiem, że sama nie dam rady, że nie pobłogosławię własną ręką żadnej chwili...
Idę do szkoły, zmagam się z chłodem wiatru, spoglądam na szarobłękitne chmury, pośród których rozpościera się złocisty blask... to Anioł Stróż otwiera szeroko okna Niebieskiego Domu, by spoglądać na nas... otwiera to okno, uśmiecha się i wyciąga do nas rękę, by prowadzić prosto do Celu, byśmy już tu też wyglądali przez swoje Okno... Tyle czasu musiało upłynąć, tyle lat, bym znów przywołała w sercu obraz mojego Anioła Stróża... Jego uśmiech, jasność i tęczę gwiazd na szatach, oblicze Świętej Rodziny odbite w płomieniu trzymanej w Jego opiekuńczych dłoniach świecy...gdy jako dziecko szeptałam pacierz przed snem... i po tylu latach Pan znów pozwolił mi się z nim zaprzyjaźnić, schronić w Jego skrzydłach... Chwała Ci, Panie...!

Odetchnij i wyjrzyj przez Okno....

Wyglądam przez Okno...i wychodzę, by wędrować dalej, czynić dobro i trwać, po prostu trwać... Tym razem nie zrobię kolosalnej "przerwy w nadawaniu" i powrócę tutaj prędzej.... :)
Bywajcie, Wędrowcy i Włóczykije, zostańcie z Bogiem!

A. Wild
niedziela, 22 luty 2009, 17:07
Witajcie, Kochani!!!

Powracam... Nie będzie to jednak powrót na długo, czekają mnie do końca marca bardzo intensywne dni, dlatego teraz chciałabym Wam pozostawić jak najwięcej słów, blasku, wspomnień...Niosę ze sobą wiele nowych myśli, spostrzeżeń i odczucie, że ten Rok Rozwoju powoli zaczyna nabierać rumieńców... :)

Przed tygodniem wróciłam do domu, wróciłam z Kuźni Aniołów... :)
Pierwsze dni trudnej, jak zwykle, aklimatyzacji, mimo obecności "stałych bywalców", mimo wielu znanych mi ludzi, jacy nieustannie obdarzali mnie swą życzliwością i pomocą, otrzymując w podzięce to samo... Oczekiwanie, oby do Niedzieli, oby spotkać się z Jezusem, oby być już wolną, mieć czyste serce... Płacz, trudne chwile rutynowych obowiązków, krzyż bólu...a ponad tym wszystkim, jak słońce, uśmiech na twarzy, serdeczność... Kredki w dłoniach, barwne godziny spędzone przy tworzeniu, jakbym przeczystą miłością malowała zachwyt w oczach tych Aniołów Sztuk, którzy czuwali nad moją pracą, taniec z zielonymi przyjaciółmi podczas przepustek, spacery znanymi drogami, z różańcem w ręku, trzymałam Mateńkę za rękę i wciąż bałam się wypuścić Jej dłoń, bałam się upaść niżej... wizyty na recepcji, ciche chwile przy mamie, trochę tęsknoty za domem...

Pierwsza Niedziela, długo wyczekiwana radość czystego serca... :) Wszystko nabrało nowych barw, nowego sensu, mimo, że wciąż nie było lekko...

Środa, Światowy Dzień Chorego... Koleżanki obok mnie śpiewały, mi pozostało szeptać słowa, duszone łzami... "Kiedy lód serca topnieje, woda łez się z oczu leje"...dopiero tu przyszło oczyszczenie, tu Jezus mnie do Siebie przygarnął... Przystępując do sakramentu namaszczenia chorych, pośród wszystkich zebranych w szpitalnej kapliczce, spoglądałam ze smutkiem na zapłakane matki, prowadzące w kierunku księdza swoje niepełnosprawne dzieci i nieustanie myślałam: czym są moje utrapienia w obliczu ich cierpień...? Jednakże, Bóg nie patrzy na nas jako na mniej lub bardziej chorych, nie przygarnia do Siebie wyłącznie tych najbardziej cierpiących, ale pragnie uleczyć każdą niedoskonałość, jeżeli i my tego gorąco pragniemy... Nie przypuszczałam, że ta chwila, ten Sakrament Umocnienia, tak odmieni moje nastawienie do samej siebie, do upadków fizycznych i duchowych... Dziękuję Ci, Chryste z całego serca za ogrom Twojej mocy!!!

Dalsze dni...to taniec, sztuka i śpiew dla przyjaciół, tysiące słów, setki uśmiechów, dziesiątki spostrzeżeń i przemyśleń, ukradkiem ścierane łzy, gdy jednak coś było nie tak...

Ostatnie chwile, gdy odebrałam list pochwalny ze świadomością rychłego końca pięknego wypoczynku, gdy zaczynałam sie żegnać z przyjaciółmi, ostatnie badanie, kilka zdjęć i zapisanych w zeszycie słów... Wspaniałe rozmowy, słowa podnoszące na duchu, przypieczętowane stosikiem myśli, noszonym przeze mnie wszędzie na wytartej kartce... i powrót. Ostatnie słowa Malinowych Aniołów (prośba, żebym tylko nie płakała ;)), światło słońca znaczące drogę do domu, śpiew ptaków, radość w sercu, cudowny list, znaleziony przypadkiem w skrzynce pocztowej, niedzielne spotkanie z Bogiem...

Dziękuję Ci, Jezu, za ten czas wypoczynku pośród przyjaciół. Za czas, poprzez który odmieniłeś mnie, uzdrowiłeś fizycznie i duchowo, w którym Ty byłeś przy mnie... Ostatniego dnia widziałam Cię w ludziach, z którymi rozmawiałam, których musiałam opuścić...ale nie opuściłam Ciebie. Panie, dobrze że jesteś...
Nie mogę rozpaczać, płakać z tęsknoty...tylko iść dalej, "bo chcę iść coraz dalej - coraz głośniej śpiewać..." Żeby iść stale do przodu, trzeba wciąż trwać w biegu wydarzeń, kończyć jedno i rozpoczynać drugie. Inaczej nie można rozwijać się, doskonalić... Im dalej w czas, tym bliżej do Wieczności!
Dziś znowu powędrowałam do Pana, na Jego Ucztę. Dziś znów miałam okazję być, rozmawiać z wieloma wspaniałymi ludźmi, czuć obecność tych, za którymi tęskniłam. Dziś Bóg podarował mi kolejny dzień, kolejne dobre chwile... Zbliża się Wielki Post, mam świadomość, że nie będzie łatwo... ale gdy wiem, że On zawsze jest przy mnie, biorę na plecy krzyż jak najsłodsze błogosławieństwo...

Pozostawiam Was z tymi słowami, kończę garstką Mądrości, uzbieraną podczas ostatnich dni...

* Po Eucharystii jestem jak nadziewany cukierek. Jestem człowiekiem z Bogiem w środku.
* Największy efekt daje nieświadoma, spontaniczna modlitwa. To ta chwila, w której Bóg Ojciec czyta prosto z naszych serc i przemienia słowa rzucone na wiatr w czyny rzucone między ludzi.
* Jestem Bożym krótkowidzem. Choć nie widzę dalekiego wciąż Królestwa Niebieskiego, dostrzegam jego bliską namiastkę na tej ziemi.
* Złote myśli pisze samo życie.
* Pokora jest najczystszym Światłem, pycha - Światłem nieudolnie odbitym.

Do miłego, moi Drodzy, zostańcie z Bogiem. Shalom!
A. Wild
niedziela, 01 luty 2009, 13:19
Witajcie, moi Drodzy!

Piszę krótko, niestety nie mam wiele do napisania. Żegnam pozostałości grypy, wygrzewając się kolejny dzień w domu... tym samym, nie mogąc iść na ucztę Pana, cierpliwie czekam na piątek i myślę, że mogę postawić się w Jego sytuacji, gdy tyle miesięcy czekał na mnie, bym przyszła, zapukała, porozmawiała z Nim... Jezus dziś i tak przyszedł do mnie, jak co dzień, opromieniony blaskiem słońca, to największa radość w obliczu wszystkich ostatnich dni pełnych bólu, gorączki i szarej pokory nieba.... :)

"Nie bój się, wierz tylko!'' (Mk 5,36)


Przychodzę i piszę tu także po to, by pożegnać się z Wami. Żegnam się na dwa tygodnie, tuż po rozpoczęciu ferii zimowych wyjeżdżam. Wyjeżdżam do Malinowych Aniołów, wyjeżdżam kurować się, poskramiać niedoskonałość ciała...i spotkać się z kochanymi przyjaciółmi, z tymi właśnie Aniołami Człowieczymi, w których żyje sam Bóg... Wyjeżdżam chodzić po ścieżkach dzieciństwa, choć nic już nie jest tam takie samo, jak jeszcze kilka, kilkanaście lat temu... ale to nie szkodzi, to co najważniejsze - przystanie serc - pozostały te same i niezmienne od wielu lat... :)

Tutaj, w Ameryce młodzi pacjenci spotykają .....
,,kawałek nieba, gdzie ludzie są aniołami, gdzie wszystkie niepokoje, ból i łzy znajdują ukojenie"

Spróbuję przywieźć Wam w nowych słowach ten wspaniały "kawałek nieba" :)
Zostańcie z Bogiem! Shalom!!!

A. Wild
sobota, 17 styczeń 2009, 16:22
Shalom!

Pierwsze słowa w tym roku... Kolejne słowa niosące kawałek mojego życia w wirtualny świat, do Was, Wędrowcy... :)

Po ponad dwóch tygodniach nowej drogi zatrzymuję się, by chwilę odpocząć, zastanowić się nad tym, co do tej pory nie zostało jeszcze do końca przemyślane. Czuję, że zaczął się Rok Rozwoju, rok, w którym dojrzeję do wypełnienia pewnych stawianych sobie od dawna celów. Nie chodzi tu wyłącznie o pozytywne zakończenie starej i wybór nowej szkoły, ale przede wszystkim o kwestie wiary, Apostolstwo Dobroci, przyjaciół, pasje, obowiązki...
Widzę w sobie te zmiany, widzę działanie Boga, uczę się na nowo Go przyjmować. To najpiekniejsza nauka w Szkole mojego Mistrza :)

Chwała tobie, Słońce
Odyńcu ty samotny
Co wstajesz rano z trzęsawisk nocnych
I w góry bieżysz, w niebo sam się wzbijasz
I chmury czarne białym kłem przebijasz
I to wszystko bezkrwawo - brawo, brawo
I to wszystko złociście i nikogo nie boli
Gloria, gloria in excelsis Soli!

Odpoczywając po trudach mijającego tygodnia, wędruję. Słucham Boga po drodze, w każdej sekundzie widzę, jak Ojciec bardzo nas kocha... :) Patrzę na bieg słońca po wielobarwnym niebie, rozdmuchuję kryształki śniegu po dłoniach, wodzę wzrokiem za brzuchatym, czerwonym gilem - chórzystą Pana śpiewającym dźwięcznie w asyście sikorek, wdycham powietrze z wonią sosny, zachwycam się tańcem młodych saren nad nasypem, czuję wiatr - tchnienie Ducha, maszeruję przez mgłę, widząc tylko czarne drzewa i złoty nieboskłon... :) Bóg jest najwspanialszym Artystą, który czyni rzeczy doskonałe, tworzy żywą sztukę, by okazać nam miłość. Cała otaczająca nas przyroda jest wielkim prezentem od Niego, szkoda tylko, że tak wielu na drodze polnej patrzy tylko pod nogi, nie potrafi słyszeć, widzieć...i na własną rękę czyni tylko spustoszenie...

Ostatnio nauka stała się treścią codzienności, ale mam świadomość, że nie dostanę się do liceum z założonymi rękoma. Dojrzałam do tego, by zrozumieć sens szkoły, nauki, by dostrzec, że nie uczę się dla innych, ale dla samej siebie, że tym samym troszczę się niejako o swoją przyszłość. Dziękuję Ci, Panie, że pozwalasz mi się uczyć, tak często tego nie doceniałam, a nawet przez chwilę nie pomyślałam, że niektórzy nie mają takich udogodnień i możliwości...

Chryste, dziękuję Ci, że przez ostatnie trudy, krzyże, łzy otworzyłeś mi oczy na wiele zapomnianych spraw, na to, co mniej lub bardziej świadomie od siebie odsuwałam, co teraz wyszeptałeś mi wiatrem i głosem przyjaciół, biorąc mnie w Twoje opiekuńcze ramiona... Dziękuję Tobie, Mateńko, że moje cierpienie poniosłaś dalej, do tych, którzy go potrzebowali, którym mogłaś je ofiarować jak skarb mojej modlitwy... i pomnażałaś we mnie gorycz łez, by innych od niej uwolnić...

Idę wędrować dalej, kochani. Wrócę niebawem, do miłego! Zostańcie z Bogiem!!! :)

A. Wild
środa, 31 grudzień 2008, 19:42
Niech zawsze będzie
praca dla Twoich rąk,

Niech w Twoim portfelu
zawsze będzie moneta albo dwie,

Niech zawsze świeci słońce
w Twoim oknie,

Niech przyjaciel zawsze
będzie przy Tobie,

Niech po każdym deszczu
pojawia się tęcza,

Niech Bóg napełni
twe serce radością...

(Anonim, życzenia pochodzące z Irlandii)

~~~~~~~~
Drodzy Wędrowcy!

To ostatni wieczór odchodzącego roku, ostatnie podsumowanie dni pełnych błogosławieństw... Na nowe, nadchodzące chwile pragnę życzyć Wam, abyście spełnili swe najskrytsze pragnienia - czasem nawet to, co niemożliwe, może się udać... aby nowy, dany Wam czas obfitował w liczne łaski, radości...abyście dalej wędrowali w słońcu, dobrymi ścieżkami Pana...abyście potrafili kochać, śmiać się, czerpać radość z życia takiego, jakie Wam ofiarowano...
Szczęśliwego Nowego Roku! Shalom!!!

A. Wild
poniedziałek, 29 grudzień 2008, 12:57
Marval, mam do Ciebie wielką prośbę i mogę ją wyrazić tylko tu przez notkę: zostaw mi swój adres mailowy lub jakiekolwiek inne namiary, dobrze? Chciałabym wciąż Tobie pomagać i odpowiadać na Twoje komentarze, a trudno jest to robić publicznie, rozpisywać się pośród tekstów dla ogółu... Pozdrawiam,

A. Wild
niedziela, 28 grudzień 2008, 16:50
Shalom, chaverim!

Pragnę pisać do Was jak najczęściej. Jestem tutaj już 2,5 roku, a dopiero teraz czuję, że jestem potrzebna, że moje słowa mogą wywołać coś więcej niż podziw czy zachwyt, który momentalnie przeminie... Po raz kolejny zdumiewa mnie samą to, że potrafię mówić o Bogu...że potrafiłam w pewnym momencie uznać, że On jest moim Panem, porzucić grzech i iść w Jego chwale... Ale nie chcę setki razy powtarzać tej historii, jedyne, co mogę powtórzyć, to modlitwa uwielbienia w duszy... Alleluja!!!

Marval, znów czytam słowa, które pozostawiłeś wczoraj... Podzielam Twoją ogromną radość, początki są zazwyczaj piękne i radosne, one mają dodać sił do drogi...ale nie zniechęcaj się, gdy niebo i tę drogę przesłonią czarne chmury. Wiedz, że idziesz z Jezusem...a Jego droga zawsze prowadzi do światła i zwycięstwa. Wiedz, że On zawsze jest z Tobą, choć czasem tak trudno Go dojrzeć na drodze, wokół siebie, a nawet we własnym sercu... Również jestem Tobie ogromnie wdzięczna za obecność tutaj, jestem z Tobą myślami i modlitwą... :) Idź z Bogiem!

Patrzę, jak wszystko się zmienia...że nie wszystko, co dzieje się wokół mnie, jest naprawdę takie, jak mogłoby się wydawać. Trwam, ale mam wrażenie, że moje czyny są niepotrzebne, że upadam w wierze, że już nie mam sił... w jednej chwili nabieram jednak przeświadczenia, że tak naprawdę ten mały światek wokoło zmienia się pod wpływem tych "bezsensownych" poczynań, że upadek jest tak naprawdę zwycięstwem, a krótki odpoczynek wystarczy, żeby nabrać energii do dalszej drogi... Myślę, że Bóg czasem daje nam chwile zwątpienia, że czasem nic nie układa się po naszej myśli, bo On ukrył w tym specjalny plan, plan pełen dobroci i błogosławieństw..wystarczy spojrzeć na to z innej perspektywy, Jego wzrokiem... :)

Dodatkowo, przychodzi czas, żeby podsumować kolejny, mijający rok... Rok nowych zmian, podjętych decyzji, trudnych wyborów, wielu błogosławieństw, wypełnionych modlitw... :)
Zaczęłam rozwijać się w tańcu i przede wszystkim - podchodzić do tej pasji z pokorą. Zaczęłam wędrować z Jezusem i Mateńką, tym razem już pełniej, niż tuż po Nawróceniu. Przyjęłam Dary Ducha Świętego w dniu Bierzmowania. Poskromiłam doskwierającą chorobę. Zjednałam sobie wielu wspaniałych ludzi, z wieloma przyjaciółmi odbudowałam dawne relacje. W gruncie rzeczy, nie powinnam pisać tego w pierwszej osobie... bo gdyby nie Bóg, gdyby nie opieka Niebieskich Rodziców, nie byłoby tego. Sama nie pobłogosławiłam sobie żadnego dnia...Teraz mogę jedynie z całego serca za te dni błogosławieństw dziękować, jestem naprawdę szczęśliwa tym mijającym czasem (choć z roku na rok zauważam, że każdy kolejny rok jest lepszy od poprzedniego - czyżby to kwestia coraz większej dojrzałości???) ... i od początku minionego tygodnia budzę się co rano z tą piekną myślą, że już za kilka dni pójdę do kościoła i wraz ze wszystkimi zaśpiewam Panu "Te Deum", tym razem już w pełni świadoma wymawianych słów... :)

Dziś obchodzimy Dzień Świętej Rodziny... Z całego serca pragnę dziękować Panu za moją tutejszą rodzinę (bo mam jeszcze tą drugą, w Niebie ;) )...bo choć jest pełna wad, choć nie zawsze jest nam łatwo, nie śmiałabym Go prosić o lepszą... Dopiero dziś dostrzegłam, że potrafię spojrzeć na najbliższych już trochę innym, łaskawszym wzrokiem...i nie tylko krytykować każdy zły postępek i potępiać, ale także wspierać, pomagać, okazać miłość... Dopiero teraz rozumiem, jakie to jest ważne - żeby okazywać rodzicom miłość i szacunek zawsze, od najmłodszych lat... póki jeszcze są młodzi, silni - bo za kilka lat może być już za późno... i gdy patrzę na wielu moich rówieśników, którzy wracają ze szkół, zaszywają się w swoich czterech kątach, a z rodzicami łączy ich tylko nazwisko i dom, jestem dumna z mojej rodziny... i jestem wdzięczna nie tylko Bogu, ale też moim rodzicom za to, że potrafili mnie wychować na kulturalną i wartościową młodą dziewczynę. Mimo wielu niesnasek, mam fantastyczny kontakt z nimi i takich relacji mogę śmiało wszystkim życzyć...!

Wiele mam Wam jeszcze do przekazania...ale na wszystko przyjdzie czas... Trwajcie dzielnie, Wędrowcy!!! :)

A. Wild
sobota, 27 grudzień 2008, 20:06
Kochani, zbrakło czasu w dniach świętowania, dlatego dziś, gdy słodkie dni dobiegły końca, pozostawiam Wam tylko ten piękny obrazek z Dzieciątkiem i aniołami, prócz tego tylko kilka słów... Wierzę, że On narodził się także u Was... bylebyśmy "nie pozwolili Mu emigrować z naszych serc"...
Telegraficznym skrótem: to był piękny czas, pełen dobroci, upragnionego wypoczynku, słonecznego blasku...i u mnie ten czas nadal trwa, choć powoli powracam do obowiązków, do normalnego rytmu życia... wiem jednak, że nie idę w codzienność sama, tylko z Nowonarodzonym... nowonawrócona, szczególnie dzisiejszą, poświąteczną Eucharystią... :)

"Znajdziecie ukojenie dla dusz waszych" (Mt 11, 29)

Pozdrawiam, zostańcie z Bogiem!
A. Wild
sobota, 20 grudzień 2008, 13:14
Shalom!

Na wieńcach z igliwia drgają niecierpliwie już trzy jasne płomyczki...znaki nowej nadziei, światło na nowej drodze... Pod koniec ubiegłego miesiąca pisałam o nawróceniu kogoś nieznanego, zawierzanego przez nas Matce Bożej w modlitwie. Dziś patrzę na pozostawione przez Was ślady pod ostatnimi rozważaniami i jedyne, co mogę zrobić, to dziękować za Was, kochani i za te wysłuchane modlitwy Chrystusowi i Mateńce!!! :)

Marval, gdy czytam Twoją krótką historię, to czuję, jakbym wracała do swojej przeszłości... Gdy zaczynałam wędrówkę z Jezusem, nie przypuszczałam, że wytrwam przy Nim dłużej, niż kilka dni. W ciągu tego minionego roku przeżyłam mnóstwo upadków, bólu, ucieczek (i teraz wcale nie jestem od nich wolna...), ale dopiero teraz uświadamiam sobie, że to przez te krzyże słabości Chrystus we mnie zwyciężał. Dopiero po roku mam tyle sił, by powiedzieć, że jestem lepszym człowiekiem względem innych, że jestem prawdziwie szczęśliwa, że kocham Jezusa... i chociaż droga nie jest wcale łatwiejsza, pomiędzy tymi niedoskonałościami - tak, jak Ty - dostrzegam Boga w najpiekniejszym świetle... i dla takich chwil warto było porzucić stare życie... Marval, życzę Tobie wielu radości i błogosławieństw w tej nowej, wspaniałej wędrówce... Idź z Bogiem, a On wyrówna wszystkie Twoje ścieżki... :)

"Jeśli kto chce iść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech mnie naśladuje!" (Mt 10, 24)


Tak wiele razy musimy wziąć ten krzyż samotności, choroby, smutku, słabości...założyć go na plecy i iść pokornie w jego cieniu. Tak trudno jest spod krzyża, przywiązanego niekiedy własnym Ja, dojrzeć drugiego człowieka. Tak łatwo zaprzeć się samego krzyża, rzucić go w kąt i próbować samemu wybrać prostszą, krótszą drogę...ale czy lepszą?
Myślę, że żyjemy na tym świecie na tyle długo, by móc kiedykolwiek nauczyć się w pokorze dźwigać krzyż woli Pana, by być jak On...i choć czasem jest tak trudno, że upadamy, stajemy...pamiętajmy, że Jezus podźwignął ciężar wszystkich naszych słabości... i zwyciężył!!!

" Alleluja. Dobrze jest grać naszemu Bogu, wdzięcznie jest nucić pieśń pochwalną." (Ps 147, 1)

Skłaniam się o poranku ku rozmaitym refleksjom (co chyba widać ;)).

Na początku tygodnia znowu powróciłam z wymienionego we wcześniejszych notkach szpitala, tym razem miałam rozmaite badania. Kilka pieknych, słonecznych dni z nowymi i starymi przyjaciółmi, znów wiele radości i miłości, smutne pożegnania...gdy wychodziłam stamtąd, kropił deszcz, wiał wiatr i głośno śpiewały ptaki... Po raz kolejny byłam i opuściłam to jedno z niewielu miejsc, w którym widzę Boga w każdym człowieku, w którym potrafię wszystko zaakceptować, wszystko przynosi mi radość, w którym czuję się potrzebna ludziom... Wróciłam z pełnią pokoju w sercu, w Łasce Białej Miłości...i zaczęłam wspominać, rozmyślać, wzruszać się... :)

Kiedy byłam dzieckiem, często rysowałam słońce w okularach. Wówczas tylko Bóg wiedział, że po kilku latach będzie ono moim autoportretem, że któregoś dnia zapragnę być tym słońcem dla ludzi...że ono, rozpromienione, stanie się moją twarzą... Urzekają mnie wspomnienia tak niedawnego jeszcze dzieciństwa, obecnie ma ono dla mnie wielkie znaczenie... ten czas, gdy świat był krainą szczęśliwości, barwną, rozśpiewaną, migoczącą światłem...gdy myślałam, że moja rodzina jest najszczęśliwszą pod słońcem - bo wszyscy się kochamy, nikt nie choruje, nie umiera, każdy dzień jest szczęśliwy...gdy biegałam z mamą po lesie, zbierając maliny i poziomki, chodziłam z sąsiadką na lody, modliłam się z tatą do Anioła Stróża, z babcią wyklejałam obrazki z plasteliny, śpiewałam z dziadkiem kolędy przy wigilijnym stole...
...a teraz minęło już dziesięć lat. Mój Anioł Stróż dalej wygląda tak samo - w długiej, wielobarwnej sukni, ze złotą aureolą i świecą...i ta Jego świeca wciąż rozjaśnia noszony przez wszystkie lata obraz dzieciństwa w sercu, wciąż żywy, nierozmyty, który pozwala mi dziś cieszyć się, kochać, wierzyć, spełniać marzenia, tworzyć... być tym złotym kręgiem słońca zakutym w okulary...

Teraz uciekam jeszcze rozważyć kilka spraw... podziękować Bogu za wypełniające się pragnienia, radować się z przyjaciółmi... :) Pozostawiam Was, moi Drodzy, z tymi słowami do rozważenia...

* Każdy potrafi pokochać, jeśli chce. Wystarczy nie bać się i spróbować. A chcieć to móc! :)
* Pan Bóg błogosławi pracę dokonaną z choćby najmniejszym wkładem ukorzonego serca.
* Buddyści mają nirwanę - my mamy Eucharystię.

Żegnajcie, powrócę niebawem...
A.Wild
niedziela, 30 listopad 2008, 14:32
Moi Drodzy Wędrowcy

Rozpoczynamy wędrówkę nową ścieżką...drogą Adwentu, Oczekiwania... Zapalamy dzisiaj pierwszą świecę dla Dzieciątka Jezus...by mogło Ono dotrzeć do naszych serc... aby Pan rozświetlił nasz mrok i napełnił pokorą, ciszą i łaską nawrócenia...
Ten czas Adwentu jest dla mnie samej szczególną porą. Mawia się, że gdy człowiek odmieni diametralnie swoje życie to tak, jakby narodził się na nowo... :)
Rok temu, 4 grudnia, udałam się na Mszę roratnią, wówczas jeszcze przygotowywałam się do Bierzmowania. Głęboko poruszyła mnie wówczas homilia wygłoszona przez księdza, ciągle rozważałam w duchu jego słowa o zmienianiu swego życia w czasie Adwentu, o duchowych porządkach, przygotowaniu się na ponowne narodzenie Jezusa w naszych sercach... Dotarło do mnie wtedy, że zawsze, póki jeszcze żyję tutaj, mam szansę na zmianę, uświadomiłam sobie, jak blisko mnie jest teraz Bóg - przez słowa kapłana przyszedł, aby pomóc mi podnieść się z upadku. Przyjęłam tę pomoc i zaufałam Panu wierząc, że tym razem również mnie nie zawiedzie i uczyni moją drogę lepszą... To był błogosławiony wieczór, wróciłam do domu rozpromieniona, szczęśliwa, sięgnęłam po Pismo Święte, na drugi dzień rozsiewałam dobroć i pokój wśród przyjaciół, mając silne przeświadczenie, że tego właśnie chce ode mnie Jezus...
Minął rok od tych wydarzeń, które dziś wspominam... Moja wiara i miłość były kruchą skorupką, pełną niepewności i lęku...ale Pan Miłosierny ją wzmocnił, odbudował, uratował od obumarcia. Dzisiaj dzielę się z Wami tym świadectwem minionego roku - pierwszego roku z Jezusem. Droga nie jest łatwa, wciąż podnoszę się i oczyszczam z mniejszych lub większych upadków, często się raduję, ale równie często płaczę. Idę jednak napełniona pokojem, siłą i optymizmem, bo Jezus Miłosierny wciąż jest ze mną! Codziennie dziękuję Panu za to, że mimo mych ciężkich przewinień cierpliwie czekał, aż wrócę do Niego ze zbolałym, skruszonym sercem, pragnąc wyzwolenia...i codziennie na nowo zawierzam Mu również swoich bliskich i przyjaciół, aby przemieniał także ich ziemskie wędrowanie ku Wieczności... Dziś myślę, że tamto życie przed Nawróceniem było zaledwie próbą, przygotowaniem...a tamtego dnia narodziłam się na nowo z Mocy i Miłosierdzia Boga!!! Dlatego obchodzę te pierwsze duchowe urodziny... :)
Miałam nawet sen, w którym przyszli do mnie przyjaciele i podarowali tort w kształcie ryby z 40 świeczkami... :)  ale Jezus wyprawi mi ucztę wspanialszą, niż wszystkie torty świata... i wierzę, że teraz nawróci się ktoś inny... i proszę o to Niebieską Matkę... :) "Proście, a będzie wam dane..."

"Ja sam i mój dom służyć chcemy Panu." (Joz 24, 15)

Próbuję służyć codziennie, na ile starcza mi sił... :) Te słowa były moim początkiem...

Na koniec tych słów życzę Wam, Drodzy Pielgrzymi, abyście i Wy, a także Wasi bliscy dostąpili miłosierdzia i zbawczej mocy Boga, który cierpliwie czeka, aż wyruszycie w drogę ku Niemu, odrzucając dawne winy i przyjmując do siebie czystość, miłość, nadzieję i radość... Shalom!

A. Wild
wtorek, 25 listopad 2008, 18:14
Kochani,
wzruszyłam się, czytając dziś pozostawione tutaj przez Was słowa...  Nie lubię robić czegoś bezsensownego, co nie przynosi nikomu korzyści. Przez dłuższy czas myślałam, że tak jest z tym miejscem...że moje myśli obijają się o ściany tylko dla własnej satysfakcji pod tytułem "prowadzę bloga, więc jestem fantastyczna"...że nikt tego nie czyta, chyba że znajomi, którym na siłę wciskam linki... A tu proszę - niespodzianka! :)
Z całego serca dziękuję Wam, moi Drodzy. Pokój Wam, wędrujcie z Bogiem i oby uśmiech nie zszedł z Waszych twarzy, a serca pozostały pełne miłości... :)

"Lecz ja zgoła nie cenię sobie życia, bylebym tylko dokończył biegu i posługiwania, które otrzymałem od Pana Jezusa: bylebym dał świadectwo o Ewangelii łaski Bożej.'' (Dz 20, 24-25)

Próbuję...każdego dnia podnoszę się i próbuję na nowo głosić wszystkim Pana, pełnić Jego wolę... i widzę dzień po dniu tą swoją nieudolność. Nie łamie mnie ona, Jezus daje mi czas... i nie chcę go zmarnować, nawet, jeśli coś wciąż nie wychodzi - mam wiele innych możliwości, dróg do wypełnienia, by także w tym niedoskonałym Jezus mnie uświęcał, jak każdego z nas... :)

Pozostawiam Was tutaj z tym zamyśleniem na najbliższy czas...
Shalom!
A. Wild
niedziela, 23 listopad 2008, 10:46
Moi Drodzy, mamy kolejną zimę! :)

Przebudziłam się dziś dosyć wcześnie, zaskoczona, że utkana wczoraj śnieżna powłoka jeszcze utrzymuje się na polach, ulicach i dachach... Jestem zmarznięta, ale niesamowicie uradowana tym faktem. Tak oto patrzę na biały, lśniący blaskiem słońca świat, dogrzewam się herbatą, widzę sikorki tańczące na mrozie...i dziękuję Panu za cały miniony tydzień, za dni pełne błogosławieństw, szczęścia, pokoju w sercach...dziękuję za łzy, za mróz, za ból, za popełnione błędy...i za szczery uśmiech na skrajach dróg, który dodał sił do niesienia codziennych krzyży... Dziś mamy Niedzielę, dzień powrotu do tego Domu Ojca na ziemi, opowiedzenia Mu o wszystkim, co miało miejsce, dzień oczyszczenia, dziękczynienia i miłości... i napełnienia siłą, aby nie upaść...wystarczy zaufać Panu i powierzyć Mu te wszystkie kręte, wąskie ścieżki...

"Ku Tobie, Panie, wznoszę moją duszę, mój Boże, Tobie ufam: niech nie doznam zawodu!" (Ps 25, 1-2)

W piątek mieliśmy pierwszy występ taneczny w tym sezonie... :) Doszłam do wniosku, że mottem naszej grupki mogłyby być słowa "co się nie dotańczy, to się dowygląda!" Gdy, kończąc układ, schodziliśmy się w linię, kierując do publiki nasz uśmiech, czułam się szczęśliwa i spełniona... niewysłowiona lekkość, śmiech pomimo wszystko, przyjaciele tańczący obok - nigdy nie przypuszczałam, że to będzie możliwe, że będę tańczyć, że pójdę pod prąd mimo bólu, łez, ciężaru... :)
Dziękuję Bogu za to błogosławieństwo, za krztynę talentu i pasji w sercu...za to moje zielone życie i zieloną miłość... Glóir mo Dia!!!

Tymi radosnymi akcentami żegnam Was, przyjaciele, życząc owocnego i radosnego spędzenia Niedzieli, jak i całego nadchodzącego tygodnia. Shalom!

A.Wild
niedziela, 16 listopad 2008, 10:43
Witajcie, moi Drodzy!

Znów nie było mnie niezwykle długo, znów mam wiele treści do przekazania...

Dla wszystkich, którzy wierzą i kochają,
grób nie jest zamkniętą jamą,
lecz otwartymi drzwiami
do nowego i piękniejszego życia.

Na początku miesiąca obchodziliśmy Dzień Zaduszny... Mieliśmy tą wspaniałą okazję do bycia z tymi bliskimi, których już nie możemy zobaczyć tu i teraz...
Odwiedziłam wszysykich moich bliskich... Babcia, pradziadkowie, wujkowie, przyjaciele rodziny, przyjaciele tych przyjaciół... Zawsze lubiłam ten wyjątkowy dzień, gdy jeszcze jako dziecko przychodziłam z rodzicami, by groby bliskich przystroić światłem świec a ich duszom podarować modlitwę, wysłuchać od starszych historii życia tych, których już z nami nie ma, dowiedzieć się, jakimi byli ludźmi...
Pamiętam, gdy zmarła Babcia...Tyle było łez, tyle pustki w domu i w sercu, dziesiątki wygrzebywanych przez ostatnie lata wspomnień, zupełnie nieznanych historii; chłonęłam je jak gąbka, byleby trochę więcej o Niej wiedzieć. Co roku, gdy stoję przy Jej grobie w ten wyjątkowy dzień, to uczucie do mnie powraca i z roku na rok coraz bardziej nasila się ta wiara, że Ona dotarła już do Domu Ojca... :)

Na początku wakacji miałam sen... Przyśniły mi się rekolekcje oazowe, byłam tam z wieloma przyjaciółmi (ale we śnie to były zupełnie nieznane mi osoby...), mieszkaliśmy wszyscy razem w pięknym ośrodku niemalże w środku lasu, nieopodal jeziora... Wszyscy byliśmy wobec siebie dobrzy, wspaniali, radowaliśmy się wszystkim...
Las, jezioro, dziesiątki przyjaciół, wspaniałe miejsca, radość, miłość, ciągła współpraca. Nigdy nie przypuszczałam, że to przytrafi się naprawdę, tak prędko i jeszcze wspanialej... Jedna historia, tysiące ulic i serc...
Szpital. Wielu twierdziło, że trzeba być nieźle stukniętym, żeby chcieć spędzać wakacje w szpitalu rehabilitacyjnym i to na własne życzenie...
Szpital. Dawne miejsce mojego zamieszkania, dziesiątki znajomych twarzy. Aklimatyzacja w nowych warunkach przyszła mi ciężko, przyjaciół zdobywałam powoli. Pierwszy dzień, przydzielenie do grup wychowawczych, zostałam "zesłana" jako najstarsza - do najmłodszych... Justyncia - matka grupy... Najpierw protest, potem wielkie przywiązanie... :)
Ciężar ćwiczeń, zabiegów, który potem stał się normą i radością. Chodziłam tam, jak na śmiechoterapię z udziałem rehabilitantów i koleżanek
Pobudki, krzyki, porządki, lekarstwa, koczowanie pod łazienką, raporty za złe zachowanie w czasie ciszy nocnej. Gorzkie łzy, gdy wyjechały pierwsze przyjaciółki, gdy wychowawczyni grupy szła na urlop...gdy nikt z rodziny nie odezwał się przez miesiąc... Gorzkie łzy, gdy przegapiłam pierwszopiątkową spowiedź, gdy brakowało obecności Boga w modlitwie...deszcz...
Przepustki...
spacery po lesie, pokazy tańca irlandzkiego, wizyty u mamy, w szpitalnej recepcji , krótki pobyt w domu, pełnym remontowego bałaganu...
Moja grupa...malowanie figurek gipsowych, wędrówki po znanych na wylot lasach, konkursy, dziesiątki obejrzanych filmów... Moi mali podopieczni, którzy dosłownie wisieli na mnie, gdziekolwiek się zjawiałam i płakali, gdy musieli mnie zostawić. Powierzali mi swoje tajemnice, pytali o radę - nawet, na jaki kolor pomalować motylka... Byłam dla nich Aniołem...
Przyjaciółki z sali... Godziny rozmów do późnych godzin nocnych, uciekanie z zajęć, byleby być ze sobą, wspólne trudy i radości... Pośpiesznie zapisane numery telefonów, pożegnania, ostatnie wspólne zdjęcia... Chwile największych wyznań życiowych, pełnia wzajemnego zrozumienia, nawet gdy mówiłyśmy sobie najgorsze rzeczy... Codziennie wieczorem 15 minut ciszy na modlitwę, głośne śpiewanie muzyki chrześcijańskiej, wspólne chodzenie na Msze św. do kaplicy... Nasze wspaniałe jednoczenie się z Bogiem...
Wróciłam do domu zdrowsza, ale przede wszystkim duchowo... Sen o rekolekcjach był słodkim proroctwem... Wszystkie trudne chwile były kolejną próbą wiary i oddania Bogu, po wyjściu z drogi Jeszcze Trudniej do Bardzo Trudno. Duch Święty napełnił mnie taką odwagą w wyznawaniu wiary, jakiej nigdy dotąd nie doświadczyłam. Pełniłam Apostolstwo Uśmiechu, niosłam miłość i dobroć. Często czułam się samotna, ale podczas pożegnań uświadomiłam sobie, ilu zyskałam przyjaciół... To była moja Misja Miłości...
Płakałam, tęskniłam, odwiedzałam wiele razy moich przyjaciół i do tej pory nie spodziewałam się, że mogę tam wrócić jeszcze szybciej, niż przewidywałam... :) Ferie malują się nową nadzieją na Zimową Misję Miłości - i to razem z tymi przyjaciółmi, którzy byli przy mnie w wakacje :) Chwała Bogu!

Przeżywam kolejne (jak co roku...) dni wspomnień, sentymentów, obchodzę rozmaite rocznice. Dziś 16 listopada...rok temu pogodziłam się ze wszystkimi skłóconymi przyjaciółmi, zapłonął we mnie pierwszy płomień Nawrócenia... :) Zdałam sobie sprawę z tego, że to już prawie rok z Jezusem! Nigdy nie przypuszczałam, że tyle wytrwam, ale teraz wiem, że dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych... :) i czwartego grudnia będę obchodzić pierwsze urodziny - bo czuję, jakby tamto, to było stare życie...taka próba...a nawracając się, narodziłam się na nowo...narodziłam się z mocy i miłosierdzia Boga.... :)

Na koniec...odrobina zebranych z dróg życia Mądrości... :)

* Czyń z życia - poprzez Wiarę, Nadzieję i Miłość - ścieżkę Szczęścia!
* Powtórka: każdy dzień jest cudem i żywym przejawem obecności Boga.
* Nie potrzebuję nowych pseudonimów. Wolę być sobą.
* Bóg śpiewa dla nas głosem ptaków...
* Dzieło Nawrócenia odradza się każdego dnia na nowo.
* Bóg rozdrabnia łzy na setki tęcz.
* Jestem "ślepcem w słońcu", ale na swój sposób widzę Boga...
* Wystarczy maleńki kawałek przyjętego z wiarą śnieżnobiałego chleba...i oto można powiedzieć "mam Życie"...
* Ścieżki życia można podzielić na nawracające i wywracające.
* Gdy czyny mogą zdziałać więcej niż słowa, milczenie jest najlepszą odpowiedzią.
* Łaska Białej Miłości czyni z mego serca przedsmak Królestwa Niebieskiego!
* Nawet łóżko można pościelić z miłością


Dziś Dzień Pokoju i pragnę wszystkim wykrzyczeć: Shalom, chaverim! Pokój Wam wszystkim!!!

A. Wild
wtorek, 14 październik 2008, 17:07

Cztery miesiące bez Was...Moi Drodzy, tak wiele razy miałam okazję napisać do Was, opowiedzieć chociaż w kilku słowach o nowych przeżyciach z wędrówki...ale okazja przemykała koło nosa, często przez własną niechęć. Przepraszam za ciszę... Nie jestem pewna, czy ktokolwiek tu jeszcze zagląda, czy jednak zostałam sama z tym niebieskim portem dla łódek z porcelany, fabryką słów, kluczem do Ogrodu Miłości tudzież innymi mniejszymi czy większymi darami Boga, które zostawiam w tej Varrathirii. Nie jestem pewna... ale umysł bez ustanku odlewa słowa w formach serca - postrzelony artysta w złotej czuprynie z grudniowego słońca... Rzeźba słów dla Was, do nabycia jedynie za uśmiech.. :)

Cztery miesiące "odnowy" typu remont w domu - zakończone, uff! Fantastycznie jest mieć już własny pokój, szczelne okna, prosty, lśniący dach... Tak wiele osób nigdy w życiu tego nie doświadczyło, jedynym ich ziemskim domem jest tułaczka pod gołym niebem, w ostateczności ustawianie w pokoju wiader, gdy pada deszcz... Dlatego jestem wdzięczna Bogu za to, że mam swój kąt...choć też bywało w nim mroźno, ciasno, deszczowo... Ten remont był nauką wytrwałości i pokory dla wszystkich, którzy mniej lub bardziej w nim uczestniczyli...pozostało jeszcze tak wiele do zrobienia, ale najgorsze minęło... :)

* Świat jest wielką szkołą - Szkołą Życia, może bez ławek, dzwonków na przerwy...ale z najlepszym Nauczycielem - lepszego nie ma! Pozostawiam pytanie: ile jeszcze klasówek przed nami?

Dziś mamy święto, popularnie zwane Dniem Nauczyciela. Panu Bogu też należą się życzenia prosto z serc wiernych dzieci, podziękowanie za Jego cały trud pracy, za poświęcenie życia... by nauczyć kochać najbardziej oporne duszyczki... Chwała Ci, Panie!

Treść minionych wakacji...praca, gdziekolwiek byłam, aktywny fizycznie i artystycznie wypoczynek, dziesiątki zawartych przyjaźni, wiele radości i łez, umiłowanie piękna natury, dzikie radości z najbliższymi (szczególnie wyprawa nad morze... ja + Paula to sto szalonych pomysłów na minutę :D )... Treść minionych wakacji... to miłość i dobroć...ale bez porażek się nie obyło (znów fizyczny upadek stał się ich metaforą...podobnie jak dawna historia na schodach). To jednak były pierwsze wakacje z Jezusem, starałam się je przeżyć świadcząc słowem i czynem o Jego obecności przy mnie, o wielkiej Miłości, która niepostrzeżenie wzrastała.. :) Czy mi się udało? Tylko On może to dobrze ocenić...

Ostatni dzień wakacji w całości spędziłam z przyjaciółmi, spacerując skąpanymi w słońcu miejskimi ulicami, stojąc godzinami w kolejce po używane podręczniki, konwersując z paniami w sklepie plastycznym (oczywiście, z pustymi rękoma nie wyszłam ;) )... Ostatni czas bez świadomości pracy do wykonania, czas bez słuchania skarg i zażaleń ze wszystkich stron, czas bez zetknięcia ze smutnym chamstwem ze strony innych...ale nie był to ostatni dzień radości, o nie! :) Było trudniej, a nie poddałam się... byłoby trudniej, ale mam Siłę... :)

Błogosławiony Pan - Opoka moja. On Mocą i Warownią moją! (Ps 144, 1-2)

Kolejny dzień pracy...dzisiaj, może z racji święta edukacji wyjątkowo mniej obowiązków... :)

Dlatego uciekam wprost do Domu Ojca, do Jego specjalnego miejsca, które dał mi na tej ziemi... Chcę przybyć do Ciebie, Panie, byś zmył ze mnie ból win, którymi zraniłam Ciebie w drugim człowieku...pragnę znów być światłem, tak jak zapragnęłam go te dziesięć miesięcy temu, gdy po raz pierwszy przyszłam z całym sercem do Ciebie, gdy Twoja Miłość narodziła się we mnie, gdy nauczyłam się Ciebie przyjmować, coraz bliżej... Wołasz mnie, Jezu...a ja chcę Ci odpowiedzieć - swoją obecnością, milczeniem i łzami, które wypowiedzą wszystko w zastępstwie niedoskonałych słów... chcę przyjść i wszystko wypłakać Tobie, jak córka marnotrawna, dla której szeroko rozpościerasz ramiona i czekasz w ciszy...przyjść, by wypłakać ból, by przeprosić, by być wolną...!

Mój dom będzie wolny od kłamstw...

...i Wam życzę tej wolności na każdej drodze... Shalom!

poniedziałek, 16 czerwiec 2008, 18:50

Shalom!

Nareszcie w domu... Do szkoły uczęszczam już wyłącznie w celach rekreacyjnych (tudzież nie uczęszczam :) ), toteż celebruję rychły początek upragnionych wakacji... :D Przebywam z przyjaciółmi, dopóki jeszcze mogę, odnawiam dawne znajomości, robię porządki...domowe i duchowe, żegnam się z pasjami na czas wypoczynku, szukam natchnienia do twórczości.
Wypoczynek, zasłużony wypoczynek po ciężkiej pracy... Spływa ze mnie szkolny stres, z dnia na dzień czuję się coraz lepiej. Oby tak dalej.. :)

~~~~~~~~



Jak ptak, jak drzewo, jak rzeka...
Jak czuły dotyk rąk...!
Jak pierwszy łyk powietrza.
Jak zawsze ciepły dom...tylko Ty i ja - Niebo...

Wolność trwa...
a przez ścieżkę wolności wciąż prowadzi mnie Dobry Pasterz...bo do kogóż innego miałabym się udać? Komu innemu zaufać, zawierzyć wszystko bez żadnych zapewnień? Czy mogę mieć lepszego Przyjaciela i Nauczyciela od Tego, który tak mnie umiłował, że oddał za mnie Swe życie???

Widzę odbicie Jego Miłości w oczach ludzi, z jakimi się stykam na codzień... Napotykam takich, których dobroć pragnę zachować i naśladować... których radość chcę przenosić dalej...
Byłam wczoraj u przyjaciółki, przy której zupełnie się wyciszyłam, nabrałam sił na wędrowanie przez codzienność... Wysłuchałam jej utrapień i radości, wszystkie słowa, jakie skierowała do mnie, były balsamem dla duszy, napełniły mnie ogromną nadzieją... Wychodziłam z jej domu jeszcze bardziej rozpromieniona, żegnałam się ze wszystkimi obecnymi tam ludźmi i opuściłam to miejsce pełne obecności Boga na, niestety, dłuższy czas... Przy tak wspaniałych ludziach każdy moze odnieść wrażenie, że z minuty na minutę staje się odmienionym, lepszym człowiekiem. 
Również pragnę być balsamem dla zakłopotanych dusz, płomieniem świecy... i dzielić z nimi wspólne radości - niczym chleb... 

Tak czesto słyszę: "przyszłam dziś do Ciebie...potrzebuję się wygadać, a ty zawsze działasz uspokajająco, pocieszająco"... I oto zapłata, zaskakująca zapłata, która ubogaca niegdyś samotne serce... 

Czyńcie dobro... niczego się za to nie spodziewając (Łk.6, 35b)

Oto kwintesencja moich celów od początku Nawrócenia.

* Nieśmy w darach ludziom Dobro, Uśmiech i Nadzieję...Wszystko to jest przepełnione najcenniejszym - miłością Bożą.

Żegnam Was, Złoci... Powrócę niebawem z nowymi słowami...

A.

sobota, 14 czerwiec 2008, 13:06
Witajcie, moi Złoci!!!

Mimo ponad miesięcznej nieobecności tutaj nie opuściłam Was. Miałam to miejsce pod kontrolą, wybaczcie jednak brak odpowiedzi na komentarze lub chociaż króciutkiej notki... Oto efekt braku internetu w domu, ostatniego pędu w szkole i przedsmaku wakacji, postaram się teraz nadrobić zaległości i Was odwiedzić w najbliższym czasie :)  

Czas na kilka refleksji z codziennych dróg, na szczyptę zwierzeń i podzielenie się radością i miłością ze światem... :) Żałuję, że pewne słowa piszę z tak wielkiej perspektywy czasu, z tego powodu wyrazy radości mogą stać się mniej szczere... 

Upadek na schodach, o którym pisałam ostatnio był faktyczną zapowiedzią jeszcze większej klęski. Upadłam duchowo, i to naprawdę nisko... Przyjaciele mieli rację, że im bliżej bierzmowania, tym więcej ataków...a ja cierpliwie odpierałam je i obserwowałam własne życie...

Przeanalizowałam niedawno 40 ostatnich dni przygotowań przed bierzmowaniem, są one doskonałym zobrazowaniem wyżej napisanych słów. Najtrudniejsze do zniesienia (od Dnia Nawrócenia) upadki, dużo łez, niecierpliwości, chwil uznawanych za porażki...a momentami zupełna ucieczka od Boga, zaślepienie oczu serca i ogromny, uciskający lęk...

I oto właśnie owocne przygotowanie - przez doświadczenie cierpienia (nie tylko własnego, bo także i bliskich ludzi, przede wszystkim ich), przez odpieranie pokus, przez odnajdywanie radości tam, gdzie pozornie jej nie ma, przez przecieranie nowych ścieżek... Wiara w Boga rosła...

W ostatnim z dni przed Umocnieniem obchodziłam kolejne urodziny, powoli wyciszałam się w gronie najbliższych osób, przeżywałam radość z oczyszczenia serca, z napełnienia Miłością...
Szeroko otwartymi oczyma spoglądałam na ludzi, w których sercach wydarzy się cud - choć przez chwilę... Gdy po wyjściu z konfesjonału i przyjęciu Eucharystii rozeszlismy się do domów, powiedziałam, że gdybyśmy teraz umarli, od razu znaleźlibyśmy się w Niebie... :)

Dzień Umocnienia... To taka chwila, którą chciałoby się opowiedzieć każdemu napotkanemu człowiekowi, w każdego wlać przeżytą przez nas radość... :) Wszyscy obecni przy nas ludzie, nasi przyjaciele i rodzina, wszyscy byli napełnieni obecnością Boga...a my doświadczylismy jej wyjątkowo... :) Po kilku sekundach - czyli wypowiedzeniu nowego imienia i namaszczeniu - wszyscy mieliśmy lśniące radością oczy, po zakończonej uroczystości powróciliśmy do naszych rodzin roześmiani, pełni sił... Dodatkowo, na niebie po raz pierwszy tego dnia zajaśniało słońce, chmury odeszły i zrobiło się ciepło... :) Odniosłam to wspaniałe wrażenie, że Niebo raduje się wespół z nami...i myślę, że tak też było, póki potrafiliśmy pielęgnować w sobie wiarę w ten cud, póki byliśmy otwarci na Ducha Świętego... Płomyczki radości w sercach przygasały z każdym kolejnym dniem, aż u niektórych zostały przykryte setkami innych spraw, które mogłyby być zaledwie namiastką otrzymanego wtedy od Boga szczęścia... 

Oto wędrowanie, nowa droga do Domu, Apostolstwo Uśmiechu, zjednoczenie z Bogiem, świętowanie codzienności takiej, jaką jest. Dążenie do Doskonałości... Obecnie czekam na wyzwolenie i Łaskę Białej Miłości, której już tak dawno nie doświadczyłam...ale już jutro Niedziela... :)

Mój dom będzie wolny od kłamstw... Chcę uczynić swe serce domem dla Jezusa i ostoją dla ludzi, jakich napotykam na swojej drodze...

* Nadzieja nie umrze we mnie, bo ja będę musiała odejść wraz z nią.
* Kocham Jezusa za to, że jest najlepszym Nauczycielem życia...

Wędrowcy, życzę Wam równie owocnej wędrówki, oraz wiele radości z okazji nadchodzącego nowego tygodnia!!!

Z serdecznymi pozdrowieniami,
A. Wild
niedziela, 11 maj 2008, 14:06
Witajcie, Wędrowcy.
Szczególnie zaś witam pewnego wspaniałego Przyjaciela, który w skrawkach wolnego czasu, pełen pragnienia, chłonie z miłością słowa, jakie tu pozostawiam... :)

Minęło już trochę czasu od mojego ostatniego, dość długiego pobytu w Varrathirii... Przychodzę ponownie, pełna nowych doświadczeń zebranych z nowych dróg, przybrana w wieniec wyzwoleńczej radości... :)
Ostatnie dni, łącznie z dzisiejszą Niedzielą, pomimo licznych obaw, smutków, zmęczenia, miały w sobie pierwiastek niezwykłości, która dopełnia się dziś...

Ostatniego dnia szkoły, u kresu tygodnia rozsiałam wokół siebie więcej dymu i mgły, aniżeli światła... W takim oto nastroju udałam się do babci. Chociaż tam, wśród najbliższej rodziny wydobywałam z siebie skrawki przelotnego uśmiechu, próbowałam uczynić cokolwiek dobrego, pomóc, nawet z pewnym powodzeniem...
Niepewny krok, huk, okrzyk, zbiegowisko. Leżałam wystraszona i zdezorientowana na schodach przed domem. Podniosłam się, strzepałam kurz z ubrań, rozruszałam obolałą i zdartą rękę upewniając się, czy nie jest złamana, roześmiana, poszłam do ogrodu..

Tam wszystko do mnie dotarło. Bolesny upadek fizyczny stał się zapowiedzią upadku, który może zaboleć znacznie bardziej...i poniekąd, mimo wszystko do niego doszło, jeszcze zanim przewróciłam się na schodach...
Nazwa drogi "Jeszcze Trudniej", na jaką triumfalnie wkroczyłam około dwóch tygodni temu, faktycznie odzwierciedla jej charakter i wszystkie wydarzenia, jakie mają miejsce podczas wędrówki... Jeszcze Trudniej oznacza jedkakże również Jeszcze Piękniej... bo jeszcze piękniej, niż dotychczas jest podnosić się z upadku, chwytać się płaszcza największego Przyjaciela i Dobrego Pasterza i wciąż iść Jego drogą... :)

Dziś takiego właśnie drobnego nawrócenia, pojednania i uniesienia do nowej wędrówki doświadczyłam... Emanuję radością, ofiarowaną mi przez Ducha Świętego i chcę nią umacniać ludzi, jakich spotykam na drodze... :)

O tym, co działo się wczoraj na rajdzie pieszym napiszę innym razem...gdy będę w stanie spojrzeć inaczej, może bardziej obiektywnie na pewne fakty... Skrócona relacja jest prosta - było świetnie!!! :D

* Życiowy optymizm jest przejawem obecnosci Boga w naszym życiu.
* Bóg - najprostsza odpowiedź na miliony pytań :)
* Moje plany się nie liczą - stawiam na plany Boga.
* Gdy się przewrócisz, uważaj, aby nie upaść niżej...to zaboli jeszcze bardziej...
* Serce bywa bardziej pamiętliwe od umysłu...i niekiedy wciąż czuje miętę przez drzwi zamknięte...

Uciekam już w pracę, niechcianą pracę, ale także pełnię radości... Shalom!!!
A. Wild
czwartek, 01 maj 2008, 21:13
Witajcie, przyjaciele!

Przybyłam ponownie, po krótkiej, acz intensywnej drodze... Wspaniale było, pośród wszystkich smutków i radości wczorajszego dnia, być do dyspozycji wszystkich, którzy mnie potrzebowali, chcieli być ze mną. Takie Apostolstwo Uśmiechu w pełnym wymiarze... Jestem spełniona w tym, co robię, chcę tak postępować zawsze... :)

Wędrując po dobrej ziemi spotykam miłość i łzy, i ludzi z sercami prostymi, i tych, u których kwitną bzy...

Byłam dziś u przyjaciółki, mieszkającej w środku lasu. Nigdy nie przeszkadzały mi jakiekolwiek różnice majątkowe pośród mych przyjaciół, najczęściej wiedziałam, jak żyje nam się w domach...ale pierwszy raz w życiu zetknęłam się z taką biedą, tak blisko siebie (a może pierwszy raz tak głęboko mnie to dotknęło?) ...
Mały domek w środku lasu, zadbane podwórko pełne zwierzaków, szopa, wokół bezkres lasu i domy letniskowe nowobogackich...
Prostolinijność, pokora i optymizm tych ludzi urzekł mnie ponad wszystko. Radość życia, ciągłe wędrowanie do przodu, choć tak często pod wiatr... Czytałyśmy jakieś stare gazety, wędrowałyśmy po lesie (mmm...wodospad na rzece, sarny przebiegające nam drogę, wszechobecny śpiew ptaków... ^^ ), na koniec rozpaliłyśmy ognisko, po nim wróciłam przez las do domu... To było kolejne, nowe doświadczenie życiowe, jakich ostatnio coraz więcej...

Wciąż urzeczona dniem, pełna fizycznego zmęczenia, w samotności słucham deszczu... Jestem uradowana tym spokojem... :)

Żegnam Was, Wędrowcy, do zobaczenia niebawem...
A. Wild Child
środa, 30 kwiecień 2008, 14:16

Shalom... W deszczu, przybywam.
Niebo płacze, bo kogoś zabrakło na tym świecie...

Dziś, wraz z tłumami ludzi, pożegnałam koleżankę... Odeszła od nas tragicznie, w młodym wieku - przekreślając swoje przyszłe dorosłe życie, pozostawiła cierpiących przyjaciół...ale pozostaje nam wierzyć, że odeszła już do lepszego życia...
Jezus zaprowadził ją do Domu Ojca, gdzie nadal będzie się nami opiekować i pocieszać, jak robiła to za ziemskiego życia...

Myślę sobie, że miesiąc temu pod kołami samochodu mogła zginąć moja przyjaciółka...
Jestem wdzięczna Bogu za to, że pozostawił ją z nami i pozwolił cieszyć się jej urokami młodzieńczego życia...a z nas zdjął cierpienie, gdy ujrzeliśmy ją roześmianą i zdrową...
Jestem ogromnie szczęśliwa, że właśnie jest ze mną, rozmawiamy i dzielimy się napisanymi tu słowami... :)

[*] Ku pamięci Justyny... [*]

~~~~~~~~

* Niekiedy nie warto jest prześcigać innych, usilnie dążąc do zwycięskiej doskonałości. O wiele lepiej jest radować się z nimi, wspólnie zbierając kwiaty maleńkich sukcesów i pokornie wyplatać z nich zasłużony wieniec zwycięstwa.

Z tą mądrością pozostawiam Was, moi złoci... Pozostaje mi wiara, że wrócę tutaj z koszem pełnym szczęścia, bo na razie "błyszczy szafir nocy gdzieś w sercu, na dnie"...

A. Wild

poniedziałek, 21 kwiecień 2008, 17:32
Shalom...

Po kolejnych dniach wędrowania powróciłam tutaj na moment, aby pozostawić w tej przystani ślad minionych przechadzek słonecznymi ścieżkami.
Wczorajszy dzień upłynął w pełni radośnie i spokojnie, zabrakło mi jednak upragnionego skrawka czasu, aby zostawić tu choć kilka słów dla Was, Wędrowcy. 
Szukam wolnego czasu wszędzie, porzucając zbędny balast...a otrzymując słodkie chwile spędzane z przyjaciółmi, Bogiem, rodziną...spędzane na spacerowaniu, twórczości, rozmyślaniach, czytaniu książek. Dawno nie czułam się tak wypoczęta, pomimo trwającego roku szkolnego, wspaniałe uczucie... :)

Dni wędrowania mijają szybko  - już ponad cztery miesiące od pamiętnego Dnia Nawrócenia...Setki modlitw, kilkudziesięciu ludzi nazwanych przyjaciółmi, ogrom malowanego słońcem dobra i płonącej ogniem, dojrzałej Miłości...wiele ciężkiej pracy, kilka zakrętów i upadków, bogactwo przemyśleń, wypowiedzianych słów, spontanicznych czynów...krocie zapłakanych i roześmianych snów, iskrzących spełnieniem małych i wielkich marzeń...tysiące kilometrów przebytych dróg - i tych ziemskich, i tych prowadzących poprzez ziemie serca, miliony zapisanych słów - od naukowych zwrotów w szkolnych zeszytach, po subtelne metafory na kartach dzienników, tyle samo kresek narysowanych na dziełkach, ofiarowanych przyjaciołom... Nieprzeliczone Mądrości poza tymi spisanymi, dziesiątki wyśpiewanych psalmów i przewertowanych (z wiekszą lub mniejszą uwagą) kartek Pisma Świętego, bukiety zerwanych na łąkach kwiatów, garście błękitu nieba, śmiechu i małych radości...oto minione miesiące.
Bierzmowanie za pasem. Nie wiem, czy mogłam wymarzyć sobie i odbyć lepsze przygotowanie do przyjęcia tego Sakramentu niż to opisane wyżej - po prostu (nie)zwyczajne życie... :) Pozostał ostatni miesiąc do ukoronowania tej wędrówki i rozpoczęcia nowej, bogatszej drogi...wierzę, iż w blasku rozkwitającej wiosny, malującej umysł, stanie się on kwintesencją tej radosnej, czystej przeszłości... :)

Pozostawiam Was, Wędrowcy z niewielkim pakunkiem Mądrości różnorakich...każdy znajdzie coś dla siebie... :)

* Najśmieszniejsza z sentencji, doskonały obraz dzikiej, przyjacielskiej radości - "Jedz żelki, będziesz wielki!!! xD " 
* Najszczersze wypowiedziane przeze mnie słowa: Pan Jezus nie gryzie!
* Nigdy nie wątp zupełnie w drugiego człowieka.
* Wolność nie minęła... Szatan jest blisko, ale Bóg jest jeszcze bliżej.

Do zobaczenia na dalszej drodze!
A. Wild
 
sobota, 12 kwiecień 2008, 12:01
Witajcie, Wędrowcy i Włóczykije! :)

Na dobry początek dnia i weekendu kilka mądrości, zebranych ostatnio z drogi...później zaś garść spraw rozmaitych, jak zwykle po kilkudniowej nieobecności...

* Zapamiętaj raz na zawsze: przysłowiowa szklanka w Twoim życiu NIGDY nie ma pustej połowy!
* Wędrówka przez życie w całości powierzone Bogu jest jak chodzenie po obcym mieście bez mapy...ale za to z najlepszym Przewodnikiem. Jego Słowo staje się naszą mapą, a krzyż - kompasem.
* Czasem warto, oczywiście w granicach rozsądku, w trakcie pracy zrobić sobie "wakacje" i wykorzystać duże dawki wolnego czasu jak najpełniej.
* Słowa niekoniecznie wypowiedziane przeze mnie: jeżeli Bóg jest w naszym życiu na swoim miejscu, wszystko znajdzie w nim swe właściwe miejsce.
* Jestem gotowa na wszystko, co pochodzi z rąk Bożych. A.
* Im szybciej płynie czas, tym bliżej do Wieczności!!!
* Każdy czasem staje się mędrcem, który staje pośrodku drogi i liczy kamienie pod stopami.

~~~~~~~~

Mój Edgar ma głowę ozłoconą, a na chudych patykach ramion dźwiga włóczykijowy węzełek... :)
Najbliżsi znają znaczenie tych słów. Zakochałam się, jak od kilku lat zawsze wiosną i jesienią... To dość niespodziewany obrót sprawy, zważając na to, że podkochiwanie się w jakimś utalentowanym przystojniaku to ostatnia rzecz, jakiej pragnęłam w życiu, bynajmniej teraz, gdy ledwie wyruszyłam w nową drogę przez nowe życie... Doświadczenie jednak pokazało, że najwyraźniej mam wszystkie najważniejsze sprawy poukładane w życiu na właściwym miejscu, dlatego mgliste i niepewne uczucia mi ich nie przesłoniły... :) Bóg chciał inaczej, wbrew moim odczuciom...myślę, że cała znajomość z obiektem moich westchnień to kolejne wielkie przesłanie od Niego...jakaś szansa, której nie mogę zmarnować...

Wczorajszy dzień był swego rodzaju przełomem. Otworzyłam drzwi światów, które pozostawiłam, gram w zielone z ich mieszkańcami. Napisałam wiersz...pierwszy ukończony słowotwór od Dnia Nawrócenia. Trudno mi nawet okreslić, co wpłynęło na mój powrót do świata poezji, w którym zostawiłam po odejściu ogromny bałagan...co sprawiło, że nagle zapragnęłam tam wrócić i uporządkować tą dobrą przeszłość. Usłyszałam wczoraj, że poezję mam we krwi i pomimo zapierania się ("już nigdy nic nie napiszę!"), będę do niej wracać. Mądre słowa. To dzięki poezji dojrzałam, wyrosłam na wartościowego młodego człowieka...i przyznaję szczerze: brakowało mi pisania, brakowało tego elementu twórczości, który, można powiedzieć, zamieniłam na taniec (i to dosłownie - pokochałam sztukę taneczną, gdy przestałam pisać). Rzucenie poezji było pewnym symbolem rzucenia starego życia, zabicia go - wiekiem do trumny było "Nawrócenie" - ostatni słowotwór. Dobro jednak pozostaje nieśmiertelne.

umysłowo

umysł mam nader energiczny
produkuje obrazy na kroplach
deszczu
w obawie przed zapomnieniem
słońca

z łąkowym człowiekiem gra w
zielone
kochając się w jego sztuce i
złotych oczach

śmiechem miłością najczystszą
na cały świat bębni w
fortepianu klawisze
rozlewa do serc jak światło -
- tę muzykę...

gdy droga deszczem zbyt ciemnieje
w grocie pasterskiej pod niebem
modlitwy
znów
usypia

Pragnę w najbliższym czasie ukończyć dawne Natchnione - serię portretów kobiet... Zaczynam, w wyniku w/w "wakacji" miewać codziennie mniej lub więcej czasu na zajęcia, które do tej pory towarzyszyły mi wyłącznie w weekendy - między innymi na twórczość plastyczną. Efekty widać - między innymi na zapełniajacych się ścianach pokoju... :)

Wspomniałam wyżej o miłości do tańca...
Gdy jesienią zaczęłam uczęszczać na zajęcia, wiedziałam, że spełniły się moje marzenia. Taniec irlandzki stał się nagle dostępny także dla mnie - mogę tańczyć... Nie sądziłam, że w tak krótkim czasie pokocham tę rozrywkę do tego stopnia, że nie będę wyobrażała sobie życia bez tańca...
To, co wydawało mi się awykonalnym wyczynem, po wielu godzinach treningów stało się nadzwyczaj łatwe. Tańcząc, wzbijam się ponad ziemię, zapominając o trudzie i bólu, zatapiam się w marzeniach... Wyrosły mi upragnione skrzydła, na których odfruwam w kierunku Zielonej Ziemi, choć tylko sercem i umysłem... i gram w zielone z roztańczonymi przyjaciółmi!!!

Relacja ukończona. Żegnam Was, wyruszając w dalszą wędrówkę. Shalom!
A. Wild
czwartek, 03 kwiecień 2008, 17:23

Shalom, chaverim.

Znów brakło mi czasu, ponownie zaszły małe opóźnienia. Bardzo chciałam być tutaj wczoraj wieczorem, z nowym słowem...nie udało mi się. Miałam ciężki, naprawdę ciężki dzień...Niby środa jak środa...sześć godzin w szkole, trochę pracy w domu, nauka, wieczorne zajęcia i zasłużony odpoczynek...ale nie wszystko udało się wykonać prosto i szczęśliwie.
Po raz kolejny zdałam sobie sprawę, że nadal wędruję. Nie mam wieńca pokutnych płomyków wokół głowy, ale nie pozostałam na zakręcie, na przydrożnym głazie, w zamyśle. W lekkiej, pewnej, niezachwianej szczęśliwości. Wędruję w słońcu i deszczu, czując oddech Boga.

* Nie żałuję mojej drogi, nawet gdy płonie goryczą łez, a ramiona łamią się, ukrzyżowane bólem. Odwracam oczy w stronę migoczącego słońca. 

Nie muszę chyba mówić, cóż takiego miało miejsce wczorajszego wieczora... Ku pamięci niech wystarczy te kilka najprostszych słów, jakie skreśliłam trzy lata temu... 

Złote łzy ludzkości gdzieś na świecie wylane
za tego Jedynego.
Kwiat życia ziemskiego zwiędł
a bramy niebios otwarte dla Niego.

Ja swą srebrną łzę ukrywam
a pustka panoszy się po sercu.
Pytam: Czemu to On?
ale odpowiedź gdzieś mi umknęła...

Ciało na ziemi, dusza w niebie
a pamięć o Nim w nas pozostanie.

Jego męka podobna do męki Chrystusa.
Cierpienie naszego wielkiego Rodaka.
Amen. Koniec. Wypełniło się.

...

Dziś świat tonie we łzach smutku
a serca nasze biją jak dzwony,
bo odszedł nasz Jedyny i Umiłowany
Jan Paweł II Niezwyciężony!

8 kwietnia 2005r.

~~~~~~~~




wtorek, 25 marzec 2008, 14:54

Witajcie, moi Wędrowcy!

Jak zwykle pochłonął mnie brak czasu. Wiele ważnych wydarzeń za mną, wiele nowych chwil do przeżycia przede mną.

Hucznie obchodziłam Dzień Świętego Patryka, patrona Irlandii :) Dwa dni występów z moją grupą, muzyczne świętowanie w domu...zielona radość :)
Pamiętam doskonale 17 marca ubiegłego roku. Wielkie emocje, gdy po raz pierwszy zobaczyłam tancerzy na żywo, tańczyłam wraz z nimi w charakterze publiczności, zazdroszcząc chociażby ówczesnym początkującym, że mogą się tego uczyć... Nigdy nie pomyślałabym, że już pół roku później poznam tych utalentowanych fascynatów i będziemy tańczyć razem! Jak do tej pory, po roku podejmowanych prób i sześciu miesiącach regularnego uczęszczania na zajęcia, jestem zadowolona z tego, co osiągnęłam..wiem, jaki wysiłek włożyłam, ażeby w ogóle móc tańczyć...

Oceniaj swój sukces i pamiętaj jak wiele wyrzeczeń poniosłeś żeby go odnieść. 

Skończyły się już Święta Wielkanocne. Nie zdążyłam z życzeniami na blogu, ale pamiętałam o wszystkich najwierniejszych przyjaciołach :)
Dobrnęłam, prowadzona ręką Ojca Niebieskiego, do końca pokutnej wędrówki. Bóg wysłuchał moich modlitw, otarł gorycz łez, wylewanych obficie przez ostatnie dni drogi, odkupił winy i uniósł do szczęścia i czystości serca... Przez minione czterdzieści dni wędrowania nauczyłam się naprawdę wiele. Przede wszystkim pokory, cierpliwości i poddawania się woli Bożej... 
Wciąż wyzwolona, dni świąteczne spędziłam głównie z przyjaciółmi i rodzicami, budził mnie blask słońca i napełniał energią, gdy zasiadaliśmy do odświętnego śniadania, wychodziliśmy do kościoła, na spacer... To były piękne, optymistyczne dni, pełne świadectwa o tym, że Chrystus zmartwychwstał i wciąż trwa pośród nas.
Oto Lew Judy powstał, krusząc więzy śmierci. Alleluja!!!

Powoli powracam do rzeczywistości. Nie mam ochoty powracać na jałową ziemię, ale wierzę, że nie będzie to bolesne w skutkach przybycie. Mam w sobie wiele zmagazynowanych w dniach odpoczynku sił do owocnej pracy, toteż czekam na codzienność z dozą typowej dla mnie niecierpliwości :) Najważniejsze, że wciąż śmieję się do ludzi, że potrafię wykrzesać w sobie życzliwość, kocham czystym sercem i zawierzam się Bogu - to priorytety na dalszą drogę :)

Mądrości z ostatnich dwóch tygodni wędrowania:

* Jeżeli życie jest przesycone nadzieją, nawet w obliczu smutku i cierpienia możemy zachować 
pogodę ducha. 
* Nadzieja jest Nadzieją. Wiara jest Wiarą. Miłość jest Miłością. Boży sposób postrzegania świata znacznie różni się od naszego. Jeżeli nam wydaje się, że coś jest nikłe, w oczach Boga może być naprawdę wielkie i faktycznie godne nazwania po imieniu - i odwrotnie. Nie jest to jednak związane wyłącznie ze szczęściem - Trudne też jest Trudne. 
*
Calm down.
Zwolnij tempo, koniec nie zawsze jest tak wspaniały, jak początek.
* Serdeczny przyjacielu, mam Ciebie i nie tylko Ciebie. Za mną stoi murem całe wojsko, a z taką armią przyjaciół i co najważniejsze - obecnym Bogiem, czyli największym Przyjacielem, któremu oddałam ster, zajdę daleko... :) 

Pozdrawiam Was serdecznie, życzę udanego i owocnego powrotu do codzienności :) Shalom!

A. Wild

sobota, 08 marzec 2008, 20:42
Dziś mamy Dzień Kobiet.
Powszechnie utarło się, że to raczej rolą mężczyzn jest składanie życzeń z okazji tego święta...ale ja pokuszę się o kilka radosnych słów k` tej okazji. 
Moje Drogie Anielice :) Z okazji naszego współnego święta życzę Wam jak najwięcej radości w sercu, abyście rozpalały nią serca innych ludzi, wiele miłości i zjednoczenia z bliskimi, jak najlepszego wyboru drogi, jaką pragniecie przez życie kroczyć, ku szczęściu i realizacji marzeń, a także wszystkiego tego, czego same pragniecie, a co umknęło mojej uwadze... :)


































Wczoraj, w tęsknocie za bliską osobą pomyślałam sobie, jak wielu osobom chciałabym powiedzieć, że je kocham... Kocham, ot tak, po prostu, za to, że są, ofiarowują mi swój wolny czas, uśmiech, dobre słowo, czułość, obecność nawet w milczeniu... Przyszło mi do głowy jednak, że mogłyby tą miłość zrozumieć opacznie...jako wzniosłe uczucie pełne pragnień...i odtrącić mnie po tym wyznaniu, a nie o to chodzi...

Pozostało już tylko 15 dni Wielkiego Postu... 15 dni ostatecznych przemian, wyrzeczeń, wielkiej i niekiedy bolesnej zadumy. 
Ostatni dzwonek do zbawienia.
Kilka miesięcy temu, będąc w domu mojego proboszcza, zauważyłam na drzwiach saloniku napis "Nie przegap wieczności!!!" Zrozumiałam wtedy, jak ważne jest nie zatracić się w codzienności przyziemnych spraw...bo zapominając o tym, co najważniejsze, w końcu schodzimy z drogi. I choć wydaje nam się, że nadal jesteśmy blisko Boga, już nie trzymamy Go za rękę, ale idziemy sami...prowadzimy sami siebie ku upadkowi. Nie powstając, w końcu przegapimy Wieczność.

Drogi Wędrowcze, Pielgrzymie XXI Wieku, który to czytasz, oto maksyma na dziś i następne, i kolejne za nim "dzisiaj".
NIE PRZEGAP WIECZNOŚCI!!!

Jarosław Maćkiewicz  "Jak długo"

Być dla innych a w zamian otrzymać samotność
Inni tak mogą lecz ja nie potrafię
Nie miej mi za złe Nie na moje żagle
Ten wiatr który zarasta oczy

Wiele rozumiem więcej się muszę nauczyć
Nade wszystko spojrzenia światła
Nie pytaj czy się boję - strach nie opuszcza
Nie chodzę po wodzie Nie skuł jej lód

Chcę do światła
Otworzyć i wyjść
Pokonać ciemność
Pod którą lęki od niej ciemniejsze 

Być dla wszystkich, a w zamian otrzymać samotność... 
Inni tak mogą - i ja tak potrafię!

Tak trudno pomagać ludziom, ofiarowywać im siebie...ale ileż słodkich owoców rodzi się z takich pięknych czynów! Oto moja kolejna droga.

* Pragnę na czynach swych dłoni wznieść się do Nieba. Anielica.

Już noc usiadła na nutach
Z oddali głos dzwonu biegnie
Z gitarą w dziurawych butach
Na pewno dojdę do Ciebie
Niech tylko głos mój nie zginie
Niech zabrzmi jak najpiękniej
Wtedy do Ciebie popłynie
Szczerze, gorąco, najpełniej

Wędrując po dobrej ziemi
spotykam miłość i łzy
i ludzi z sercami prostymi
i tych, u których kwitną bzy.
Znajduję tam ciepło i dom
Twoją obecność u nich czuję.
Blasku dodajesz ich twarzom
Dusze szczęściem malujesz. 

Kiedyś czas mój przeminie
i spocznę pod garścią piachu.
Duch mój w niebieskiej krainie
wędrować będzie bez strachu.
Nie zlęknę się niczego
w tym kraju dla mnie nieznanym,
a Tobie bluesa śmiesznego
zanucę tak jak co rano...

Na koniec porządna dawka optymizmu :D Dziś zakończyły się w naszej parafii rekolekcje wielkopostne. Po Mszy poszłam do księdza i powiedziałam mu szczerze, że na tylu księży, z iloma w całym życiu się zetknęłam, nigdy nie spotkałam takiego, który emanował uśmiechem i optymizmem przez cały czas :) Zaraził iskrą radości wszystkich obecnych w kościele przez te trzy dni... świeć się świeć najczulej, rozświetlaj każdy mrok... :)

I oto kolejna maksyma na pożegnanie:
Ciesz się ze wszystkiego, ole!  


A. Wild
niedziela, 17 luty 2008, 13:10
W czwartek obchodziliśmy Walentynki.
Święto zakochanych, okraszone ciepłem, szkarłatnymi serduszkami i podobiznami kupidynków...
Mogę sama sobie wytknąć, że najwidoczniej jestem mało romantyczna (czego udało mi się w tym roku doświadczyć). To hucznie obchodzone święto, które zadomowiło się u nas już na dobre, nie rusza mojego umyłsu ani serca (ktoś mógłby teraz stwierdzić, iż jestem nieczuła i niezdolna do miłości - błąd)... Walentynki w moim mniemaniu to przesłodzona komercja, wydaje się wówczas, że ludzie kochają się tylko ten jeden raz w roku, dodatkowo w tym dniu słowa "kocham cię" i wszelkie inne epitety miłości upadają do rangi "dzień dobry", czy "do widzenia"... Stąd właśnie nie przepadam za tą uroczystością, wolę kochać szczerze i na codzień, okazywać to w inny sposób, aniżeli bawić się w takie wzniosłe przedstawienia. Taka jest moja opinia na ten temat. Ponieważ jednak serdeczni ludzie w tym dniu o mnie nie zapomnieli, na drugi dzień przyniosłam do szkoły torbę słodyczy ku ich radości... :)

* O tym, że kochamy ludzi, należy im przypominać nie tylko w dni świąteczne, ale na codzień, każdym swym słowem i czynem...

~~~~~~~~

"Świeć się świeć najczulej, rozświetlaj każdy mrok... Przywróć Nadzieję, tym, którzy odejdą stąd..."

Znalazłam w sieci piękny tekst o Apostolstwie Uśmiechu... :) (zamieszczony jest po prawej stronie). Przemknął mi on przed oczyma już dosyć dawno, ale nigdy się w niego dobrze nie wczytałam...wieczny pęd, brak odpowiedniej ilości czasu...

Tak naprawdę, już przed wieloma tygodniami odkryłam, ile drzwi można otworzyć, ile serc ludzkich ogrzać, ile dusz uspokoić, ile nabyć radości... za pomocą jednego uśmiechu. Jak można z pesymisty zamienić się w pogodnego człowieka, ile dobra w świecie można dostrzec, śmiejąc się do ludzi... :) Najzwyklejszy w świecie, acz szczery uśmiech też jest sposobem na okazanie miłości, rozsiewanie jej wokół... Uśmiech, radość jest lampą dla zagubionych wędrowców... jest jednym z najserdeczniejszych gestów międzyludzkiej czułości, skutecznym pocieszeniem, zaproszeniem do wspólnej radości... Pamiętajmy o tym na codzień...w domu rodzinnym czy choćby w tłumie na ulicy. Taka dawka serdeczności przydaje się zawsze i wszędzie... :)

* Uśmiech jest śladem obecności Boga w mym sercu. Przez uśmiech niosę ludziom Moc Bożą, trwającą we mnie...a to chyba najlepsze, co mogę dla każdego uczynić.

Pozdrawiam Was serdecznie, życzę wszystkiego dobrego w nowym tygodniu :)
A. Wild Child
sobota, 09 luty 2008, 12:26
Na początek stosik mądrości, potem sedno sprawy...

* Rzeczy mniej istotne niekiedy przyczyniają się do istnienia większych.
* Nie można zbudować domu bez fundamentów.
* Codziennie dokonuje się cud dalszego istnienia świata wraz z jego radościami i smutkami.
* Błękit nieba jest mym Światłem Nadziei od Pana.
* Nie bój się zapytać o drogę, nawet jeżeliby miało to zniweczyć jakiś cel.
* Jeśli wzrośnie we mnie Bóg, wzrośnie we mnie Siła.



























"Przyszedł już czas wielkiego powrotu, do odczuwania prawd, widzenia ważnych słów..."

Rozpoczął się Wielki Post. Czas pokornych przemyśleń, modlitw, wyrzeczeń, ciszy, wędrówki w głąb siebie.
Dla mnie samej czas wyjścia z zakrętu między "łatwo" a "trudno".

"Dwie skrzyżowane belki.
Oto Twój amulet.
Niepozłacana ozdoba. Trochę za duża.
Przytrzymaj!
Zapomniałem...masz obolałe dłonie.
Nie, może lepiej włożyć na ramiona.
Ciężki? Nie mów, że ciężki,
przecież w nim ukryły się wszystkie krzyże wszystkich
ludzi świata.
Czy o nim mówiłeś w słowach:
Jarzmo moje słodkie jest,
a brzemię lekkie?

Chodźmy. W drogę. Co mówisz?
Jeśli kto chce iść za Mną,
niech się zaprze samego siebie,
niech weźmie swój krzyż i naśladuje Mnie.

Boję się krzyża.
Krzyża obecnych godzin.
Krzyża Twoich decyzji wbrew mnie samemu.
Krzyża bólu, niepowodzenia, szarych dni, samotności.
Robię wszystko, aby zetrzeć z mego życia stygmat
cierpienia.
A kiedy to się nie udaje, zastygam w niemym proteście.

I buntuję się.

A Ty przyjąłeś na siebie
to, czego tak bardzo się lękam.
Czy naprawdę nie ma innej drogi do Ciebie niż przez
krzyż?

Przyjąłeś krzyż,
aby wszystkie krzyże człowieka ocalić od bezsensu.
Przyjąłeś krzyż,
aby nim zasłonić mnie,
grzesznika. "

(Ks. W.A. Niewęgłowski "Amulet" )

~~~~~~~~

Wiosna Innijska zawsze zaczyna się pokornym Ogniem na głowach Dusz... oczekiwaniem na Światło, które zajaśnieje wśród spragnionych... Życzę Wam, Wędrowcy, abyście zaznali Jego mocy na krańcu swej owocnej pokuty.

Z serdecznym pozdrowieniem,

A. Wild
poniedziałek, 14 styczeń 2008, 19:36
Małe radości rozdzwoniły moje serce swą muzyką.

Złoty krąg słońca nad szarymi chmurami.
Jego szkarłatny blask górujący ponad szmaragdową trawą.
Bliskość tych, których tak dawno przy mnie nie było.
Brak stresu podczas pracy, którą chciałam wykonać perfekcyjnie.
Owocny wysiłek, który został dostrzeżony.
Wspaniały smak duchowego przedwiośnia i przedobiedniego deseru.
Wielki sukces, który stał się ogromnym dobrym uczynkiem.
Nieopisana radość, sprawiona pewnej małej istotce (i kilku większym).

* Pragnę każdą chwilę, nie tylko od święta, uświęcać choć jednym, małym gestem... Zwrócić oczy dobrych ludzi na prawdziwy cel. To czyni mnie godną mego imienia.
* Wykorzystaj każdą okazję, którą uważasz za dobrą.
* Zwykła codzienność jest piękna z punktu widzenia szczęśliwego człowieka.
sobota, 12 styczeń 2008, 18:17
Muzyka Zielonej Wyspy to powiew wiatru we włosach i szmaragdowa radość, która sprawia, że cały czas świeci słońce – nawet gdy pada deszcz...

Zauważyłam ostatnio, że kultura Zielonej Wyspy, a przede wszystkim muzyka niesie w sobie magiczne przesłanie i piękno. Jest to sama natura. Umiłowanie zielonych łąk, skalistych wybrzeży, szumu deszczu - tych rzeczy, które napawają spokojem, radością, dobrem. Tęsknota po utracie pierwotnych wartości zawartych w pięknie przyrody, tak bliska wielu współczesnym ludziom. Podziękowanie Bogu za te wspaniałe dary, które widzimy i odczuwamy, obcując z tym, co nas otacza...

To wszystko zawiera się w szybkiej melodii skrzypiec, stukocie bodhranu czy wibrującym whistle. Weźmy pod uwagę jakikolwiek utwór - każdy z wybranych będzie łączył wspólny mianownik - malowniczy krajobraz, tętniący życiem i radością, lub zatopiony w refleksyjnym spokoju. To, do czego właśnie przez muzykę uciekamy w codzienności.
niedziela, 30 grudzień 2007, 11:01
Dziś mamy Niedzielę.
  
  W języku innijskim nazwa tego dnia brzmi Thelliith, co dosłownie oznacza "Dzień Pański"... Każdej Niedzieli obchodzi się również Entremediu (Teir Maigner An Dain - Trzy Kwiaty Początku) - święto Wiary, Nadziei i Miłości...w każdej krainie płonie ognisko, zapalone od Ognia Nadziei, w każdej trwa Uczta...a wszystkie dobre Dusze pielgrzymują w pokorze i radosnej refleksji...
  Taka jest i moja Niedziela... Staram się, ażeby zawsze przybierała ten wspaniały, odświętny charakter. Wówczas jestem z rodziną i przyjaciółmi, wypoczywam...a przede wszystkim, pokrzepiam siły duchowe, ażeby móc w szczęściu przeżywać rozpoczynający się tydzień i iść dzielnie swą drogą, w obecności najlepszego Przyjaciela... :)

Życzę Wam, Wedrowcy z całego serca, aby ten radosny dzień, jak i nadchodzący tydzień był pełen zaskakujących niespodzianek, radości dzielonej z bliskimi, pełen blasku słońca i pokoju Duszy.. :)

Pozdrawiam serdecznie.

A.Wild Child
 
wtorek, 25 grudzień 2007, 08:54






















































W żłobie leży
Któż pobieży
Kolędować Małemu!
Jezusowi Chrystusowi, dziś nam narodzonemu...


Święta, jakie teraz obchodzimy, to przede wszystkim czas wielkiej radości z pamiątki narodzin Tego, który przyszedł na świat dla naszego zbawienia. Czas nadziei na lepsze chwile, wypełnione szczęściem w powoli nadchodzącym Nowym Roku. Czas pokoju Bożego między ludźmi - przynajmniej na te kilka dni zamierają wszelkie konflikty... Kończy się refleksyjna wędrówka i zaczyna bezkres szczęścia... 
Na czas Świąt Bożego Narodzenia pragnę Wam, Drodzy Wędrowcy życzyć tego wszstkiego...

~~~~~~~~

Wypełniłam swój adwentowy cel: dobrze przygotowałam się na te Święta, odmieniłam swoje życie na lepsze... Chciałabym zamieścić tutaj kilka moich "mądrości", dotyczących codziennych spraw, jakie zapisywałam...

* Trudności, jakie stają na drodze do celu sprawiają, iż zaczynamy go bardziej doceniać - a to jest nam wynagradzane!
* Warto być życzliwym i serdecznym w stosunku do ludzi - uśmiech wraca jak bumerang, dając ogrom radości...
* Wysiłek i determinacja, nawet jeśli wydają się bezsensowne - popłacają!
* Nalezy zrozumieć, jak cenne jest to, co mamy i nie zamartwiać się tym, czego widocznie nie dane było nam otrzymać.
* Czarne emocje trzymaj w zamkniętej kieszeni, póki nie wyparują.
* Wypełnienie swego zadania do końca często sie opłaca.
* Należy szanować każdą chwilę, jakby była ona małym Świętem Radości.
* Nie będę zniżać się do poziomu tych, którzy czynią mi i innym zło, ażeby im za nie odpłacić.

A to moja myśl przewodnia:

* Wspaniale jest iść swą drogą, gdy prowadzi przez nią najlepszy Przyjaciel - w takiej wędrówce nie ma możliwości zbłądzenia, o ile się Jemu zaufa ze szczerego serca...

Dobrze, basta, w zupełności wystarczy rozważań na dziś...idę pokrzepić fizyczne siły wraz z rodziną :)

A. Wild
środa, 19 grudzień 2007, 18:08
Do Wilka: po raz kolejny postawiłam na "życie w błękicie", ale tym razem ze zdecydowanie lepszym efektem... Sądzę, że za sprawą tych wszystkich zmian to miejsce nieco odżyje...
Nawiasem mówiąc, zaskoczyła mnie Twoja wizyta i ten komentarz...niemniej, witam serdecznie... Arturze Liliowcu... :)
Do Iri: o taki efekt właśnie mi chodziło... Chciałam uczynić to miejsce znacznie bardziej spokojnym, łagodnym...ale jednocześnie przepełnionym radością... Poprzedni szablon wydawał się nieco mroczny, a ten napawa optymizmem na sam widok :) I przede wszystkim zmiana tematyki - to liczyło się najbardziej. Do perfekcyjnego opracowania wyglądu jeszcze długa droga. Cieszę się, że to co widać w danej chwili, spodobało się Tobie.

~~~~~~~~~~

Jest inny świat
Tak wiem, gdzieś tu
Nie za lasami tam, po prostu on jest tu

I czuję, płonie Światło tuż obok nas
Tak czuję, Światło płonie
I złoty deszcz, a Tęcza Tęcz nad głową
Wystarczy tylko spojrzeć...

Wczoraj pod wpływem cudownej muzyki, miałam barwny, przesycony szczęściem sen.
Przyśniła mi się Maltania, jeden z Innych Światów, alegorii mojego życia. Symbol raju na ziemi, wspaniałych podróży i mrzonek z lat dzieciństwa.
Maltania jest potężnym rozległym wzgórzem, wyłożonym u stóp wspaniałym, pełnym egzotycznych roślin Lasem Okrężnym, pełnymi zieleni łąkami, zwieńczonym wspaniałym miastem pełnym zamków i wież - Varrathirią, czyli Przystanią Spokoju...
Lasy Okrężne są niesamowitym miejscem. Pełnia światła i blasków słońca, obok zwykłych, pospolitych roślin i tych typowych dla Innych Światów można dojrzeć zaskakujące cuda... Na Końskim Wzgórzu do dziś żyją Koniopióry i Konie Druidów, na ścieżkach Gołębnika wciąż spoczywają pióra dawno wymarłych Ptaków Maltańskich i Złotych Gołębi, motyle i ćmy wdzięcznie przystrajają zieleń smukłych, wysokich drzew.
Po łąkach, nazwanych nieprzypadkowo Ozłotkami (ozłotka to gatunek kłosowatej trawy innijskiej, która rośnie tam w przeważających ilościach) biegają delikatnym krokiem śnieżnobiałe Nieme Owce, a młodzi Maltańczycy tańczą wśród nich, grając radośnie na swych drewnianych fujarkach. Łąki w górze, na obrzeżach Varrathirii są pełne małych kamienno - glinianych, okrągłych chatek, krytych strzechą, w których mieszkają niektórzy z łąkowych pasterzy owiec, zaś w Shinillii - Domu Pełni mieszka Szmaragd Szcześnik - magiczna alegoria szczęścia...
Varrathiria jest samym szczytem, "koroną" Wzgórza Niebieskich Wód. Ogrodzone murem miejskim wspaniałe zamki, wieńczone wieżami ze szczerobłekitnymi chorągwiami, kamieniczki Rogaczy i Nadziejników, kamienne uliczki pełne kutych w metalu, ozdobnych latarni płonących żywo Ogniem i szkarłatnych drobnych kwiatów... Przez Ozłotki i Lasy biegną kamieniste schody, prowadzące od Bram Varrathirii prosto nad Morze Mgliste, do urokliwej Przystani wiekowego barda Adama, gdzie niegdyś cumowały delikatne niczym skorupki orzechów łodzie i bogate, majestatyczne statki, a nawet sam innijski, legendarny Ninnivillis...
Zielonoocy i ciemnowłosi Maltańczycy nade wszystko miłują naturę (sama nazwa Maltania - Mallathinn - znaczy w języku innijskim "wieczne umiłowanie natury" - "marrath lathitt an thuir"). Ich kraina jest pełna radości, przepełniona blaskiem jasno lśniącego Słońca Horyzontów i choć przed wieloma laty dotarł tam Smętnik, nawet dni, w których niebo zasnuwa szarość, są wypełnione ogromną Nadzieją na niedalekie szczęście...

Oto to, co ubarwiło mą noc i w półśnie nadało wielką radość o poranku...
Dziś natomiast śniło mi się Pismo Święte i wspaniały kościół, ale o tym innym razem... :)
Czas przygotować się na zajęcia tańca irlandzkiego - ostatnie przed Świętami. Slaithinn, `vinlinger!!!

A. Wild
niedziela, 16 grudzień 2007, 18:23
Na dobry początek nowej drogi... :)

nawrócenie

dziecka słuchaniem
o brzasku chwytałaś
Natchnienia kroki
wygnane w trawy nieopodal domu

na skrzydłach tchnionych
niedoskonałością
zielonym pędzlem malowałaś marzenia
na liściach jesiennych umiłowanie
...
gdy anioły adwentowe
swą pokorę śpiewają
w oknach na szarych ulicach
za ręce trzymasz zjednane ambicje

w odwadze doskonałości nosisz imię 

Swoim postępowaniem muszę zasłużyć na to, ażeby zostać nazwana Antoniną, czyli Doskonałością... Trudna, acz szczęśliwa droga przede mną.
środa, 21 marzec 2007, 19:00
"Taniec jest Pasją. Pasja rodzi Energię.
Energia wyzwala Potencjał.
Potencjał to pierwszy i ostatni krok w drodze do profesjonalizmu.
Taniec irlandzki zawiera się w każdym z tych słów...

Irlandczycy tańczą oczami, nogami i ... duszą. Muzyka Zielonej Wyspy to powiew wiatru we włosach i szmaragdowa radość, która sprawia, że cały czas świeci słońce – nawet gdy pada deszcz... Taniec irlandzki to przede wszystkim malowanie muzyki ruchem swojego ciała, to tworzenie ruchomego obrazu wraz z innymi uczestnikami tańca. Taniec ma niesamowity potencjał, albowiem wykorzystuje najpotężniejszy z darów jakim natura nas obdarzyła: nasze uczucia, skojarzenia, pragnienia i wyobraźnię. "

Teraz i ja dostałam szansę na postawienie swych pierwszych kroków...to mój ostatni wolny środowy wieczór...

Kocham Cię jak przyjaciela

- To znaczy, że mnie nie kochasz?

- Kocham, ale nie tak jak myślisz.
Kocham Cię jak przyjaciela.
To inny rodzaj miłości.
W przyjaźni czynisz dobro przyjacielowi
nie oczekując nic w zamian.

- Nawet pocałunku?

- Nie takiego, o jakim myślisz.

- Nie mogę Cię dotykać?

- Przyjaciele czasem mogą się obejmować,
ale tego się nie robi ot tak sobie.
Tylko czasem, np. gdy się długo nie widzieli,
lub gdy przyjaciel potrzebuje ludzkiego ciepła,
jest smutny, gdy płacze.

- Obejmij mnie, nikt bardziej ode mnie
nie potrzebuje Twojego ciepła, bliskości.

- Nie mogę, gdyż Ty mnie żarliwie kochasz i
dla Ciebie moja czułość znaczyłaby coś innego
niż dla mnie.

Z włoskiej baśni "Fantaghiro" 

~~~~~~~~~~

Apostolstwo Uśmiechu

"Podaję wam tu rodzaj apostolstwa,
które nie domaga się od was ciężkiej pracy,
wielkich umartwień i trudów, ale które szczególnie dziś,
w naszych czasach, bardzo jest pożądane,
potrzebne i skuteczne, mianowicie apostolstwo uśmiechu.

Uśmiech rozprasza chmury nagromadzone w duszy.
Uśmiech na twarzy pogodnej mówi o szczęściu wewnętrznym
duszy złączonej z Bogiem, mówi o pokoju czystego sumienia,
o beztroskim oddaniu się w ręce Ojca niebieskiego,
który karmi ptaki niebieskie, przyodziewa lilie polne
i nigdy nie zapomina o tych, co Jemu bez granic ufają.

Uśmiech na twej twarzy pozwala zbliżyć się bez obawy do
ciebie, by cię o coś poprosić, o coś zapytać -
bo twój uśmiech już z góry obiecuje chętne spełnienie prośby.
Nieraz uśmiech twój wlać może do duszy zniechęconej
jakby nowe życie, nadzieję, że nastaną lepsze czasy,
że nie wszystko stracone, że Bóg czuwa.

Uśmiech jest nieraz tą gwiazdą, co błyszczy wysoko i wskazuje,
że tam na górze bije serce Ojcowskie, które zawsze gotowe jest
zlitować się nad nędzą ludzką.

Ciężkie dziś życie, pełne goryczy, i Bóg sam zarezerwował sobie
prawo uświęcania ludzi przez krzyż.

Nam zostawił zadanie pomagać innym w bolesnej wędrówce
po drodze krzyżowej przez rozsiewanie wokoło małych promyków
szczęścia i radości. Możemy to czynić często, bardzo często,
darząc ludzi uśmiechem miłości i dobroci,
tym uśmiechem, który mówi o miłości i dobroci Bożej.

Mieć stały uśmiech na twarzy, zawsze - gdy słońce świeci albo
deszcz pada, w zdrowiu lub w chorobie, w powodzeniu albo gdy
wszystko idzie na opak - o to niełatwo! Uśmiech ten świadczy,
że dusza twa czerpie w Sercu Bożym tę ciągłą pogodę duszy,
że umiesz zapomnieć o sobie, pragnąc być dla innych
promykiem szczęścia." 

~~~~~~~~~~

Jak ślepiec w słońcu

Wierzę w Boga.
Jestem szczęśliwy, że mogę wierzyć.
Stykam się z wieloma ludźmi
i widzę czasem, jak bez Boga
siedzą zamknięci w ciemnym lochu.
Jeśli się od życia oczekuje wszystkiego,
a potem coś się nie powiedzie,
można szybko oszaleć.
Nie znajdujesz odpowiedzi na swoje pytania.

Jestem humanistą, przyjacielem ludzi
właśnie dlatego, że wierzę w Boga.
Wiara w Boga otworzyła mi okno,
przez które mogę
spoglądać na życie i ludzi.
Z Bogiem wszystko ma więcej sensu, więcej spełnienia,
więcej radości, pokoju, zadowolenia.
Z Bogiem łatwiej jest znieść cierpienie,
nie tracisz tak szybko nerwów,
nigdy nie jesteś zrozpaczony.

Wiara w Boga to prawdziwy dar.
Trzeba być szeroko otwartym na ten dar
i potrafić się ukorzyć.
Jesteś troszeczkę jak ślepiec w słońcu.
Nie widzisz wprawdzie Boga,
ale całym sobą
czujesz Jego obecność i ciepło.

Phil Bosmans "Żyć każdym dniem"

* Karty chwil przeszłych... *
Rok 2009
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczen
Rok 2008
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczen
Rok 2007
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
<< Listopad 2009
PonWtŚrCzwPiąSobNie
1
2345678
9101112131415
16171819202122
23242526272829
30
* Ta droga może być także Waszą księgą dni...księgą odwiedzin *
 
* Policzone ze ścieżek kroki *
Wędrowcy, co przemknęli tędy ukradkiem:
 
6249
Wędrowcy, co ślad złocisty odcisnęli:
 
249
Wędrowcy, co część siebie zostawili:
 
14

46 wskazówek na lepsze życie

* Dawaj ludziom więcej niż mogliby się spodziewać i rób to z przyjemnością.

* Naucz się na pamięć Twojego ulubionego wiersza.

* Nie wierz we wszystko, co usłyszysz, nie wydawaj wszystkiego, co masz i nie spij tyle ile byś pragnął.

* Kiedy mówisz "kocham" mów to na serio.

* Kiedy mówisz "przykro mi" patrz w oczy rozmówcy.

* Ożeń się nie wcześniej niż po 6-ciu miesiącach narzeczeństwa.

* Uwierz w miłość od pierwszego spojrzenia - zapamiętaj to sobie... jak już mówiłem, wystarczy tylko chwila.

* Nigdy sobie nie żartuj ze snów innych ludzi.

* Kochaj głęboko i z pasja, możesz zostać zraniony, ale to jedyny sposób na spełnioną egzystencje.

* W przypadku nieporozumień bądź lojalny, nie obrażaj.

* Nie oceniaj innych przez pryzmat członków ich rodzin.

* Mów wolno, ale myśl szybko.

* Jeżeli ktoś zadaje Ci pytanie, na które nie chcesz odpowiedzieć, uśmiechnij się i spytaj: "Dlaczego chcesz to wiedzieć?".

* Zapamiętaj, ze wielka miłość i największe sukcesy są obłożone dużym ryzykiem.

* Zadzwoń do Mamy.

* Powiedz: "na zdrowie, kiedy ktoś kichnie".

* Kiedy ponosisz porażkę, nie zapomnij tej lekcji.

* Zawsze pamiętaj o szacunku do siebie samego, do innych i odpowiedzialności za własne czyny.

* Nie pozwól, by nieistotna sprzeczka popsuta ważną przyjaźń.

* Jeżeli zorientowałeś się, ze popełniłeś błąd, natychmiast go napraw.

* Uśmiechnij się odbierając telefon, ten, kto do Ciebie dzwoni usłyszy to w Twoim glosie.

* Zwiąż się z kobieta/mężczyzna, z którym lubisz rozmawiać, na starość umiejętność konwersacji będzie najważniejsza.

* Spędzaj trochę czasu w samotności.

* Otwórz się na zmiany, ale nie rezygnuj całkowicie z Twoich przekonań.

* Pamiętaj, ze milczenie czasami jest najlepsza odpowiedzią.

* Więcej czytaj, mniej oglądaj TV.

* Żyj dobrze i honorowo. Później, kiedy będziesz starszy, spojrzenie w przeszłość pokaże Ci, w jaki sposób możesz cieszyć się nim po raz wtóry.

* Miej wiarę w Opatrzność, ale dobrze zamykaj swój samochód.

* W domu atmosfera miłości jest bardzo ważna, rób wszystko by wykreować wokół Ciebie harmonie i spokój.

* W przypadku nieporozumień z bliskimi niech przeważą względy obecnej sytuacji.

* Nie grzeb się z rozczarowaniem z przeszłości.

* Czytaj miedzy wierszami.

* Dziel się Twoimi znajomościami ze znajomymi - to sposób na nieśmiertelność.

* Bądź dobry dla planety.

* Pozwól by okazywano Ci sympatie bez ucinania krótko tego tematu.

* Nie wtrącaj się do innych.

* Nie wierz kobiecie/mężczyźnie, który całuję Cię nie zamykając oczu.

* Raz na rok odwiedź miejsce, którego jeszcze nie znasz.

* Jeżeli dużo zarabiasz, pomóż innym dopóki możesz, to jest największą satysfakcja z posiadania szczęścia.

* Naucz się wszystkich reguł, żeby potem którejś nie pominąć.

* Pamiętaj, ze najlepszy jest związek, w którym miłość miedzy dwojgiem ludzi przewyższa chęć dominacji.

* Oceniaj swój sukces i pamiętaj jak wiele wyrzeczeń poniosłeś żeby go odnieść.

* Chwytaj jedzenie i miłość bez zachłanności.

* Pragnij. W pragnieniach jest ukryta niewyobrażalna moc.

* Ustaw własciwe priorytety w swoim życiu - pamietając, że na pierwszym miejscu jest BÓG.

* To, co otrzymujesz zapisz na skale, a to co dajesz - na piasku ewentualne niepowodzenie podczas zdawania egzaminów nie przekreśli całkowicie Twych planów na bliższą przyszłość.

Zobacz serwisy INTERIA.PL